|
O Kurpiach
|
Kategoria - O Kurpiach
|
|
Wpisany przez Administrator
|
|
środa, 01 września 2010 23:26 |
|
Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów
Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa.
Staropolskie mądrości
1. Źle w tym domu się dzieje, gdy kogut jaja niesie, a kura zaś pieje.
2. Kiedy starzec przeżyje marzec – będzie po tym zdrów.
a jak baba w marcu słaba – za nią pacierz zmów.
3. Gdy mąż biedny, żona z dużym wianem – nigdy mąż tej żony nie zostanie panem.
4. Jak ogień bywa z wodą, tak i stary bywa z młodą.
5. Żony trzeba dwa razy słuchać: raz jak woła – choć jeść, a drugi raz – choć spać.
6. Jak drzwi, które nie skrzypią, tak żona , która milczy – najprzyjemniejsza.
7. Kto się w starej kocha – dwa razy grzeszy: Pana Boga obraża, a i diabła cieszy.
8. Gdy nie mamy, co kochamy - to kochamy to, co mamy.
9. Pierwsza żona – sługą, druga – przyjaciółką, trzecia - panią.
10. Czterech rzeczy trudno zataić: ognia, świerzbiączki, kaszlu i kochania.
11. W miłości i gniewie, co człek czyni - nie wie !.
12. Gdy bieda wchodzi drzwiami – miłość wylatuje oknami.
13. Inaczej serce żąda, inaczej myśl sądzi, inaczej świat spogląda, inaczej los rządzi.
14. Człowiek bez cnoty, uroda bez serca, serce bez siły - za nic nie stoją.
15. Dwakroć grzeszy, kto się z grzechu cieszy.
16. Od umizgów i śmiechu, krok jest tylko do grzechu.
17. Lubieżność z cnotą się nie ostoi, jak mądrość z rozkoszą się nie spoi.
18. Miernie używaj kuchni, piwnicy i łóżka – to nie zaboli żołądek, ni głowa, ni nóżka.
19. Do cnoty trudno jak po szydle, do grzechu łatwo jak po mydle.
20. Nie przebieraj panno, żebyś nie przebrała, żebyś za kanarka wróbla nie dostała.
21. Nie dziw, że harde urodziwe panie ! – Czym gładsze drzewo, tym trudniej leźć na nie.
22. Śmiać się i płakać bez przyczyny – umieją wszystkie dziewczyny.
23. Szlachecka dziewka, księży parobek, młoda nalewka – to lichy dorobek.
24. Gdy dzieweczka – to ją czesz, a gdy większa to ją strzeż,
Jak dorośnie – zapłać komu, by ją zabrał z twego domu.
25. Wzdychać do miłości, gdy na głowie zima, to jakby gryźć orzech, kiedy zębów ni ma.
26. Z przodu strzeż się kobiety, z boku strzeż się karety,
konia z tyłu nie tykaj, głupca z każdej strony unikaj.
27. Choć stuła dłonie zwiąże u ołtarzy, lecz niedobranych tym się nie skojarzy.
28. Kobieta bez chłopa, jak ogród bez płota.
29. Kto komu wszystkiego zazdrości – nie ma w sercu bliźniego miłości .
30. Tylko to, co bez nagłości - dochodzi do doskonałości.
31. Wszędzie jest zdrada: i w chłopskiej komorze
- lecz nigdzie tak rada, jak na pańskim dworze.
32. Najgorzej paskudnie kochać się w południe, najpiękniejsza pora – z rana i z wieczora.
33. Pijany, szalony i zakochany – każdy z nich bez rozumu.
34. Jeden lubi Zosię, a drugi Antosię – więc nie klnij na gusta, bo to gadka pusta.
Wierzenia o pszczołach
Żadne z wierzeń związanych z pszczołami nie posiada jakiegoś materialnego symbolu, a więc trwałego śladu. Jedynym zasadniczym źródłem wiedzy o tych wie –
rzeniach pozostaje zawodna pamięć informatorów.
Informatorzy określając naturę pszczół sporo zawsze uwagi poświęcają ich zdolności żądlenia.. Próbują tłumaczyć niepojęte zjawisko, jakim jest śmierć tego owada po spe-
łnieniu aktu obrony. W próbach tych posługują się popularną na terenie Kurpiowszczy-
zny - i daleko poza jej granicami – przypowieścią o rozmowie, jaką prowadziła pszczo-
ła z Chrystusem:
„Kiedyś pytała pscoła Pana Jezusa, cy jek ugryzie cłozieka, to on umrze. Pan Jezus
jej poziedzioł: on bandzie zyć, a ty umrzes. Dlatego pscoły tak cęsto ludzi nie gryzają”
Pomimo tego i pszczelarze i osoby postronne unikają ukąszeń przez pszczoły. Stosunek
do pszczół nacechowany jest wielkim uszanowaniem, prawie czcią. Szczególnie wyra-
źnym przejawem tego stosunku jest surowy zakaz zabijania pszczół.
„Pies je zdechlina, koń przepad, krowa sterała się, świnia zdechła, kot zdech, kura tes, ryba to nie wiadomo jek, a pscoła umarła, bo wosk z niej się pali w kościele, to nazwa
musi być delikatna”.
„ W zimie to one nie zbierają niodu, bo i z cego, to siedzą w ulu w gromadce i brzmią.
Na ziosnę, to wylecą i wycyscą się na kłaku, za uczciwością wysrają, jek pobrudzą, to
nie da się wypłukać. Kiedy się wycyscą to nazad zbierają niód. Jek niód nie spadł, to
pomerły… Jek mnie zacięła pscoła, to ja jej nie zabzioł, choć cierpiał, bo mnie jej zal
beło, ona mnie niód zbzierała.. To drobne robacki, to brzydko mózieć przepadły, to się
mózi pomarły albo spadły”.
U pszczelarzy w parze z obowiązkiem używania właściwych słów występuje prze-
strzeganie zasady delikatnego obchodzenia się z pszczołami.
„ Ludzi prentkich to się /pszczoły/ cepiają i im się pscoły nie trzymają. Trzeba z nimi delikatnie. Ja to chodze przy nich jek nimek, to mnie nie biorą, a są u nich takie małe
to ostre, to takie jak gestapo. Te grube to nie gryzo”.
„ Jek pscelarz umiera, to trzeba kijem uderzyć w ul, bo inacy pscoły się nie obudzą.
Buł pod Wyślem w Grądach, Dzik się zwał, niał ze sto pniąw. Buł to pscelarz, co z pscołą co chciał to robziół. Jek umer, to go wyprowadziły na cmentarz”.
„Zbziera się niód z rózności, z kwiatów choiny najbardziej. Jek lipa ksitnie tez zbzie-
rają niód, na gryce to az carno od pscół. Jek niód spadnie z nieba z obłoków, to wszy-
stko Pan Bóg sprawuje, spada na liści, na ksiaty a pscoły zbzierają”.
Wosk wywodzono również z rosy niebiańskiej, ale i dopuszczano inne jego pocho-
dzenie.
„Dawid Symon niał może ze trzysta pni. Był z niego religijny cłoziek. Ludzie go
kochali. Jek niód podbzierał, to przysło ze sześćdziesiąt dzieci. Zona jego nałamała
kawałków i z przetaka dawała ponad płociu, to z trzy przetaki rozdała”.
„ Jek podbzierał niód, to my przy zastodolu cekali . Dojcie sprobować wołali, to w liście kapusty dawał. Jek nom doł, to my skakali do góry i jedlim z woscynami.”
„Dawnii godali, jek das niodu siurkom /chłopcom/, to będą ci się pscoły roiły. Dlatego
zawdy jek podbzierał, wołał do sprobunku: mata dziatki. /opowiadał o Dawidzie Sy-
monie Fr. Majka /ur. 1882 r/ z Czarnotrzewia/.
W zestawieniu z praktykami składania ofiar z wosku oraz częstowaniem pierwszym miodem szczególnej wymowy nabierają wierzenia wpływające na zakaz oddawania
roju za darmo, jak też miodu czy wosku.
„Cłoziekoziu nie niło dawać niód za darmo. Choć by dał psiać grosy, żeby się liczyło
ze sprzedany. Jek rój da darmo, to i reśta pójdzie darmo”.
„Dla chorego nie da niodu, i to dzisiaj są tacy drudzy. Jeżeli powies ze dla siebie,
to da. Nie da bo się boi, ze mu pscoły pochorują”.
„ Choremu nigdy nie sprzedali, co by mu nie umerły pscoły. Jek ni dziecko za –
chorzało, to poszedłem, żeby mi sprzedał, to nie chciał. Alem mu przekląłem, to
mu pomarły”. |
|
|
Wpisany przez Administrator
|
|
środa, 01 września 2010 23:24 |
|
Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów
Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa
Ogólny rzut oka na Puszczę Kurpiowską
/Przedruk z „Puszcza Kurpiowska w pieśni”/
Za rzeką Narwią w Ostrołęce rozpoczyna się Puszcza Kurpiowska: lasy, lasy i piaski. Ale aby bliżej poznać tę puszczę , trzeba dostać się do jej głębin, zajrzeć do chat kurpiowskich, przypatrzeć się życiu tego biednego ludu, wniknąć w jego potrzeby, poznać jego gwarę, przysłuchać się podobnej do nawoływania nocnej „pućki” i do poszumu leśnego jego pieśni, która tam codziennie na polach, łęgach, na łąkach i w lasach się rozlega. Wtedy dopiero poznasz cały urok tej smutnej, ale ciekawej okolicy.
Puszcza Kurpiowska, to puszcza szeroka i długa, ciągnie się bowiem od Chorzel, Bartnik i Nowej Wsi, po Kolno i Nowogród, Nowogród od Ostrołęki po granicę pruską.
Dawnymi czasy cały ten szmat ziemi podzielony był na Puszczę Nowogrodzką i Ostrołęcką vel Myszyniecką. Dziś ludność tamtejsza podziałów tych nie zna i całe te przestrzenie nazywa puszczą Kurpiowską, a stolicą całej puszczy jest Myszyniec, na rz. Rozogą położony.
Puszcza Kurpiowska jest rażąco odmienna od innych okolic kraju i robi wrażenie smutne i przygnębiające. Gościńce piaszczyste i tak szerokie, że w niektórych miejscach np.: na trakcie idącym z Chorzel do Myszyńca z pięć wozów obok siebie jechać może.
Gleba mało urodzajna, przeważnie piaski i sapy i dlatego kurpiki sieją najwięcej żyta i gryki. Owies i jęczmień tylko przy dołkach się udaje. Kartofle za to obficie się rodzą. Pszenicę mogą siać tylko niektóre wsie, jak : Dylewo, Dąbrowy, Myszyniec Stary, Surowe i Wolkowe, i to tylko miejscami. Łąk na puszczy jest bardzo dużo, ale większość kwaśnych, mało żyznych. Do osuszenia ich i użyźnienia potrzeba rowów, kanałów, a to może przeprowadzić tylko rząd, bo Kurpie są za biedni, by mogli sobie na takie wydatki pozwolić. Całą ozdobą Puszczy Kurpiowskiej są olbrzymie, mimo poczynionych przez Niemców w czasie wojny spustoszeń – bory i lasy. Z gatunków drzew najlepiej się tu udaje sosna, brzoza i olcha. Świerk i dębina gdzieniegdzie tylko rosną, grabiny wcale nie widać.
Dawnymi czasy aż się tu roiło od grubego zwierza. Były tu sarny, dziki, jelenie, łosie, nawet żubry się zdarzały. Jeszcze dziś starzy kurpikowie z radością wspominają te piękne czasy. Obecnie zaledwie zająca, lisa i kune i to w małej ilości spotkać można. Saren nie ma , a jeżeli się jaka pokaże, to przychodzi z pobliskich pruskich lasów. Lichy zwierzostan wskazuje, jak na Puszczy rozwinęło się kłusownictwo. Z ptactwa dawnymi czasy było bardzo dużo cietrzewi. Przed samą wojną trafiało mi się jeszcze spotkać je w okolicy Bandyś, dziś ich również nie ma. Kaczek za to jest bardzo dużo na rzekach: Omulwi, Rozodze, Pisie, Szkwie, na olbrzymim zabagnionym jeziorze Serafin i na wielkich błotach: Karaska i Kopaczyska. W lasach i na polach jest bardzo dużo kuropatw, jarząbków i drozdów. Słomki też tu swoje ciągi tutaj mają. Na smugach i łąkach odzywają się kuliki, bąki, czajki, boćki i bekasy. Na wiosnę przylata tysiące dzikich gęsi, żurawi, nawet łabędzie kurpiki spotykają /opowiadał Kurp z Sidziego Borku/.
Puszczę tą zamieszkuje przed 14 wiekiem osiadły tu lud, Kurpiami zwany. Nazwę tą otrzymał od obuwia łyczanego, jakie dawnymi czasy nosił. Głowę nakrywa czapką z sukna granatowego – maciejówką / dawniej noszono filcowy czarny niski półcylinder. Kołnierzyka ani krawata Kurpie nie noszą, bo mają kołnierz u koszuli wykładany, ładnie czerwonymi nićmi wyszywany, podobnież mankiety u rękawów.. W miejsce krawata noszą pod szyją faworek czerwony lub zielony w kokardkę związany. Kobiety noszą koszulę płócienna z szerokimi rękawami, kołnierzykiem wykładanym, czerwonymi nićmi wyszytym. Na koszulę „kitel” czyli suknie w pasy lub kratki przez siebie samą udzianą i zrobiona. Kolor kitla przeważa czerwony z żółtym i zielonym, choć i innych kolorów używają. Na piersi kurpianka wkłada wcięty „zistek” tj. sznurówkę z atłasu czarnego, zielonego lub amarantowego trzema lub więcej spuszczającymi się na biodra klapkami. Wokoło szyi kilka sznurów bursztynowych lub szklanych paciorków, zakończonych krzyżykiem. Zamiast sznurówki noszą jeszcze lużne kaftaniki „jacki” obszyte wokoło koronką czarną a nie raz i złotym szychtem. Na głowę zarzucają kwiecistą wełnianą lub perkalową chusteczkę, „na zakład” założoną, z tyłu związaną. Małe dziewczynki od sześciu lat i niżej ubierają się tak jak stare kobiety.
Mężczyźni latem, w dzień powszedni chodzą boso lub w chodakach z partu /płótna grubego/ grubego podszewki skórzanej, w spodniach z grubego białego płótna lub cejku i w koszuli swojej roboty. Zimą na koszule nadziewają ciepły „lejbzik” – kaftan i „spancerek” tj. kamizelkę cajkową albo sukienną, a na to podszyty kożuchem sukmanek.
Kobiety w dzień powszedni, latem chodzą tylko w koszuli i kitlu, zimą na koszule wdziewają sznurówkę albo ciepły kaftanik, a do kościoła narzucają na plecy wełniany, w kratki robiony, różnokolorowy fartuch albo dużą ciepłą chustkę.
Niektóre kobiety okrywają się kraciastymi kilimami swojej roboty. Przy domu na nogi nic nie wkładają /niektóre kładą drewniaki/. Do kościoła nakładają „cizamki” tj sznurowane kamasze.
Kurpie ogólnie są ludem dorodnym. Mężczyźni wzrostu średniego, choć trafiają się i wysocy; twarz mają pociągłą, nos dosyć długi i duży. Kobiety są nieduże, ale za to tęgie, „opiekłe” jak to same o sobie śpiewają:
Chocim mała, ale gruba,
Urosne ci, jek i druga.
Wąsy i brody ogólnie mężczyźni golą, włosy noszą dłuższe niż w innych okolicach.
Kobiety czeszą się przez środek głowy, włosy splatają w dwa warkocze i spuszczają je na plecy. Powiadają że czynią to na pamiątkę, że i Matka Boska nie spinała włosów, ale je na ramiona spuszczała. Barwa włosów przeważa jasna, choć i szatynów na puszczy jest bardzo dużo. Oczy niebieskie, rzadko piwne, cera u kobiet młodych nadzwyczaj delikatna, bieluchna, że i nie jedna warszawianka by im pozazdrościła. Starsze kobiety na twarzy robią się żółte, sparciałe. Mężczyźni starsi mają cerę śniadą.
Sposób odżywiania się u Kurpiów jest jeszcze pierwotny. Najgłówniejszymi ich potrawami są: „rejbaki” tj. kluski, placki z kartofli, „pampuchy – placki z mąki i „jagła” tj. kasza jaglana /z prosa/ z mlekiem, kartofle z mlekiem, kartofle z kapustą /w kapuście dużo kaszy jęczmiennej i trochę sadła/. Mięsa Kurp nie widzi, chyba na święta i przy rodzinnej uroczystości /chrzciny i wesele/. Po pogrzebie idą Kurpie do karczmy na poczęstunek, gdzie piją „psiwo’ i jako zakąskę jedzą chleb , czasami kiełbasę. Kurp jeżeli prosiaka uchowa, to go sprzeda na podatki, lub coś do domu kupi. Nic też dziwnego że kurpie nędznie wyglądają i szybko się starzeją.
Dawnymi czasy, kiedy na Puszczy kurpików było jeszcze mało, a lasów była moc, zajmowano się tutaj bartnictwem, łowiectwem, w niektórych miejscowościach i rybołówstwem. Dziś głównym zajęciem jest praca na roli. Ziemia lekka piaszczysta i sapowata kiepsko rodzi i wszystkich wyżywić nie jest zdolna. Idzie więc biedny Kurp, na zarobek do lasów rządowych, idzie do Prus Wschodnich, jak bieda dokuczy i zarobków nigdzie znaleźć nie można, jedzie za morza, do krajów bogatych, jak do Ameryki, Kanady, Brazylii, byle „niescęsną dolę poprazić”.
Najważniejszym źródłem dochodów Kurpiów jest przychówek krów, świń, owiec. Lubią też hodować młode żrebaki „ kiziaki” które doskonale wychowują i sprzedają za dobre pieniądze do Prus lub na szlachtę. Kurpianki wyrabiają delikatne, piękne płótna „part”, a także z wełny owiec robią sukno na chłopskie ubrania i wełniane kilimy, płócienne kolorowe chodniki, które sprzedają często aż w odległych miastach. Duże zyski czerpią również ze sprzedaż suszonych grzybów, borówek, jagód – których tutaj obfitość się rodzi.
Kurp, jak i każdy człowiek nie jest bez wad.. Słyszałem od wielu osób, że są na ogół leniwi. Jeżeli chodzi o mężczyzn – to się najzupełniej zgadzam. Lubią oni się wałęsać, po podścianiu z sąsiadami przesiadywać i „fefkę” /fajkę/ palić i dlatego też w gospodarstwie i codziennym ich życiu niema porządku i ładu, bo wszystko się robi „jek leci” tzn. jak bądź. Kto musiał i wyjechał za granice i tam popracował i widział jak ludzie pracują i żyją, większy dostatek w ich domach, i widział wiele pięknych rzeczy - po powrocie inaczej też wziął się do pracy. Wielu z nich nie gorzej gospodarzy niż szlachcic. – Kobiety – ogólnie są pracowite, nie tylko dzieci i dom oporządzą, ale jeszcze mężom w podwórzu pomagają. A ile to pracy wkładają one w uprawę lnu i przerobienie go na płótno. One też pracują przy zbiorze żyta, pieleniu i „żeciu” prosa.
Kradzieży na Puszczy nie ma, bo Kurpie, zdybawszy złodzieja na uczynku, tak go osądzą i ukarzą, że więcej kraść nie przychodzi. Jedyną kradzieżą której Kurp się dopuszcza, a której za grzech sobie nie poczytuje, jest wyrąbanie drzewa w lesie rządowym. Urobienie sobie tego rodzaju sumienia pochodzi stąd, że przed uwłaszczeniem każdy Kurp miał prawo wyrąbać tyle drzewa, ile mu było potrzeba.
Później rząd rosyjski uwłaszczył Kurpiów, skasował wszelkie przywileje a między nimi i wolny wyrąb drzewa. Kurpie jednak praw swoich zrzec się nie chcieli i lasy dawnym zwyczajem za swoje uważali i uważają i drzewa rąbią.
Wódkę rzadko który Kurp pije, bo się jej uroczyście wyrzekał na świętej Misji w Kadzidle roku 1858. Piwo za to, zwłaszcza „browarne”, ma u nich wielkie powodzenie. Zamożność wesela na Puszczy inaczej się nie ocenia, jeno ilością antałków piwa. Im więcej antałków piwa, tym bogatsze wesele. Bywały wesela, na których wypijano do pięćdziesięciu dużych antałków piwa. Wojna nauczyła ludzi wielu złych rzeczy, a kurpików nauczyła łamać „wyrzeczysko”i pić wódkę – której się wyrzekło.
Żaden Puszczak nie lubi, żeby go pogardliwie Kurpiem nazywano i z niego kpiano. A że jest w języku chwat, więc potrafi się odciąć. Jeżeli go kto skrzywdzi, pomści się i to nieraz w sposób barbarzyński np.: przebije sąsiadowi krowę.
Zabudowania z powodu pobliskich olbrzymich lasów mają bardzo dostatnie. Domy budowane są w węgieł, szczytami do drogi. Szczyt frontowy u góry kończy się krzyżykiem, wskutek czego dom ma wygląd małej kapliczki. Okiennice są zwykle farbą lub farbką malowane. Nad i pod oknami często umieszczane są ślicznie rzeźbione gzymsy / Np. w Brzozowym Kącie p. Czarnia widziałem -orły polskie – wyrzeźbione przez kurpiowskiego artystę. Na ścianach wielu domów widać staropolskim zwyczajem pomalowane krzyże. Ogródków przed domami nie ma z powodu marnej gleby i być może lenistwa tego ludu. Zwykle w szczycie domu lub w podwórzu rośnie kilka brzózek, choinek lub krzaków bzu. Drzewka owocowe są tu rzadkością. Każdy dom ma zwykle jedną izbę obszerną, gdzie się podejmuje gości i przesiaduje letnią porą, alkierz gdzie śpią i komorę czyli schowanko dla różnych sprzętów i na kufry do ubrań. Izba przedstawia się jeszcze jako tako.
Podłoga wprawdzie poplamiona, brudna, ale za to ściany pobielone, a na nich parę obrazów, cały rząd w różne kwiatki pomalowanych „kruzycków” /garnuszków glinianych/ i talerzyków, sporą ilość różnokolorowych wycinanek, wyobrażających pawia, leluje, kogutki i inne stworzenia. Na środku izby do sufitu przyczepiony, z bibułki i słomek, misternie zrobiony – pająk. W szczycie, w prawym kącie izby, stoi stół - na którym stoi krzyż i inne gliniane figurki. Przy bocznych ścianach izby stoją ławy a przy ścianie u drzwi wejściowych szafa ze szkłem „na orzech” pomalowana, z różnymi szklankami, talerzami, łyżeczkami. Tu już panuje wzorowy porządek.
Alkierz za to w zwykłe powszednie dni przedstawia obraz nie najlepszy. Bo i
jak utrzymać porządek na co dzień, przy licznej rodzinie, pracy w domu, obejściu a latem i na polu. Porządek w domu robi się na niedzielę i święta, no i na czas kolędy „kiedy ojciec duchowny przyjść mają”. Podłogi wtedy wymyte i piaskiem posypane nieraz w ładne desenie. Stoły i ławy ponakrywane białym płótnem albo kilimami.
Wszyscy pomyci i uczesani czekają na swojego proboszcza.
Kurp jest uparty i z trudnością daje się przekonać. Można mu nieraz całymi dniami tłumaczyć, on wszystkiego wysłucha, nawet będzie przytakiwał, ale zrobi po swojemu.
Obfitość lasów, wspólne obcowanie chłopców z dziewczynami – w czasie pasionki, na jagodach, grzybach, niski poziom oświaty i kultury, są powodem niemoralności, jaka w śród mieszkańców Puszczy częściej się przytrafia niż gdzie indziej. Utrata cnoty jest tam częstszą, co potwierdzają sami w swoich pieśniach zalotnych.
Często opiewa się w nich płacz i narzekanie dziewcząt na utratę „zionka” – wianka.
Np.: Kalino, malino, czerwona jagodo,
Cemu opłakujes, dziewczyno niebogo.
Opłakuje tego, zianka rucianego,
Zem go utraciła dla Jonka swojego.
Tyle o wadach Kurpiów. Teraz pozwolę sobie wspomnieć o ich zaletach.
Przede wszystkim jest to lud głęboko religijny i do swej wiary nieraz fanatycznie przywiązany. Na nabożeństwa garną się całą kompanią - starzy, młodzi i mali. Do sakramentów świętych przystępują wszyscy, z małymi tylko wyjątkami.
Proboszcza swego, jeżeli on jest im ojcem i nie pogardza nimi, szanują, kochają i całkowicie mu ufają. W każdej kłopotliwej sprawie idą do księdza proboszcza po radę mówiąc: „Ojczulku! Jagódko! - poredż noma, bo momy strasne zmartsianie”.
W czasie oktawy Bożego Ciała zakupują mszę św., biorą obrazy i chorągwie z kościoła, śpiewając różne pieśni religijne obchodzą granice pól swojej wioski.
Kurp jest bardzo gościnny. Dawniej wychodząc w pole do pracy, nie zamykał on swojego domu, na stole zostawiał chleb, miód i wodę w dzbanku, aby podróżny mógł wypocząć pod jego dachem i pokrzepić swoje siły. Dziś jeszcze można się tam najeść jedynie za „Panie Boże zapłać”.
Pod względem patriotycznym znani są Kurpie z historii, jak to na Kopańskim Moście, niedaleko Myszyńca /pod Sidzim Borkem/ w roku 1708 pod wodzą Kurpia
- Borowego, walką podjazdową pobili kilku tysięczną armię króla szwedzkiego Karola XII, przez niego samego prowadzoną.
W lesie Jedynaczewskim pod Łomżą, spoczywa Kurp – bohater Stach Konwa,
który w czasie walki Sasów z Leszczyńskim o tron polski, został zdradzony przez pułkownika szwedzkiego Rembindera i zamordowany. Na trakcie z Myszyńca do Czarni, na krańcu lasu, jest miejsce przez miejscowy lud „miejscem poległych” zwany, gdzie pochowanych jest kilku powstańców – Kurpiów, przez moskali w roku
1863 zabitych.
Nikt może w Polsce nie jest tak przywiązany do swojego kąta, do zagonu ojczystego jak Kurp. Nie mogąc się wyżywić na swoich piaskach, niejeden jedzie hen.. za morza po chleb, a co spojrzy w stronę Polski, to płacze za swą Puszczą, za swoją rodziną, za swoimi borami, lasami, piaskami.. Do ust przyciska grudkę ziemi, którą z sobą wziął na pamiątkę i którą chciał mieć przy sobie, gdyby mu przyszło na obcej ziemi umierać. Różni ludzie wynaradawiają się w Ameryce: - rzadki wypadek, żeby Kurp zapomniał, że jest synem polskiej puszczy. Jak tylko mu Bóg dopomoże uciułać trochę grosza, stęskniony wraca do kraju na łono swej puszczy.
Camuś smutny młody Kurpsiu,
Cemu smutna twoja twarz,
Cy o lesie ciągle marzys,
Cy las w sercu tylko masz.
Nędza z domu mnie wygnała,
Los ma rzucił niedzy was,
Śpiewać tutaj nie ma komu,
Suni ni dokoła las.
W czasach niewoli rosyjskiej na czternastotysięczną parafię Myszyniecką jedna była tylko szkoła, a jednak nie było prawie Kurpia, który przynajmniej na książeczce do nabożeństwa czytać nie umiał. Znana była i na Kurpiach kontrabanda pism polskich– nielegalnych, przez rząd rosyjski surowo zabronionych, na czytanie których zbierano się w umówionych domach.
Nie masz ludu ofiarniejszego na cele religijne nad Kurpiów. Świadkami tej ich ofiarności są prześliczne w stylu gotyckim pobudowane świątynie w Myszyńcu, Czarni i w Baranowie. Pobudowane bez niczyjej pomocy, własnym trudem i kosztem
Niejeden kurpik specjalnie jechał do Ameryki, aby ofiarę należną, a nawet większą zarobić i na budowę kościoła złożyć.
Kurp z natury swej jest bardzo zdolny. Zapewnie niejeden zasłynąłby na polu literatury lub sztuki, gdyby miał środki na kształcenie się. Dowodem ich zdolności są przydrożne przez domowych artystów prześlicznie rzeźbione figury i kapliczki, gzymsy nad oknami i w szczytach domów. Dowodem ich zdolności są pieśni które dostosowali do ich piaszczystej gleby, do smutnie szumiących borów i lasów, do przestrzennych nędznych łąk. Kto chce poznać piękny śpiew ludowy i rozkoszować się nim, temu radzę wyjechać do Puszczy Kurpiowskiej, latem naturalnie, bo tylko wtedy bogactwo tego śpiewu ujawni się w całej pełni. Dniem usłyszysz „pasturków” i „pasterki” śpiewających na polanie, w lesie albo na smugach pod borem. Wieczorem zawodzenie dorosłych dziewczyn o Jasiulu złodzieju, co „zionek” ukradł, w nocy chłopców dorosłych pasących koniki na łąkach, wyśpiewujących niby puszczyki leśne przeróżne pieśni, a lasy echem roznoszą je po rosie hen… w dal, i zdaje ci się żeś w kraju marzeń i bajek. Takich miłych wrażeń doznałem i ja kiedy nastąpiło pierwsze moje spotkanie z tą bezgranicznie smutną okolicą. Było to w 1913 roku. Naznaczony wtedy byłem na wikariusza do Myszyńca i musiałem tam jechać końmi. Nastrojony minorowo przez konfratrów, jechałem bardzo smutny.
Jeszcze więcej się rozrzewniłem kiedym wjechał na szerokachny, piaszczysty gościniec i ujrzałem przed sobą liczne wydmy piaszczyste, bagna i olbrzymie ciemne lasy. Gorzko robiło się na duszy i różne czarne myśli do głowy napływały.
Aż tu naraz mija nas ktoś. Patrzę, jedzie Kurp i dwa młodziutke „ksiatuski” skromne kurpianeczki, ale pięknie ubrane. Jechali „kolasą” tj. bryczką bez resorów /wasążek z wikliny /. Odetchnąłem…. Zdawało mi się że w tej Puszczy najwyżej srokę lub puszczyka zobaczę, a ja tu oglądam tak miłe „jagódki”. Radość moja granic nie miała, kiedy usłyszałem smutną, jak tylko może być smutna ta Puszcza Kurpiowska i rozciągłą, jak ciemne bory i lasy, a tak miłą i swojską, i tak dziwnie ujmującą za serce melodię pieśni. „Leć głosie po rosie” . Słów nie słyszałem. Dźwięczały mi jedynie w uszach: melodia i przyśpiewka „ o la i o la la”. Kurpik się oddalał, głos kurpianeczek cichł coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie znikł w ciemniach lasu, a ja wsłuchany, chwytałem dźwięki oddalającej się melodii i pomyślałem sobie: Mój Boże ! jakżesz Ci wdzięczny jestem, żeś mi przeznaczył placówkę w tak ciekawej okolicy.
A kiedy na Puszczy nadejdzie ożywiona wiosna, to naprawdę nie wiesz, czego masz wpierw słuchać: czy nawoływania dzikich gęsi, kaczek i różnego ptactwa które tutaj tysiącami przelatuje, czy też śpiewu kurpianek, które przy zachodzie słońca we wszystkich wioskach się odzywają, a echo po rosie niesie ich śpiew, że wszędzie je słyszeć można.
Ponieważ dziwnie spodobała mi się ta pieśń tak odmienna od wszystkich pieśni ludowych z innych okolic, wyróżniająca się od nich przede wszystkim swoim charakterem puszczańskim, postanowiłem te perełki Puszczaków pozbierać i choćby tylko dla siebie na pamiątkę zostawić. Zbierałem je w różnych warunkach, jedne w czasie kolendy, inne w dni świąteczne i niedzielne, kiedy ludzie więcej czasu mają, w czasie wesela i przy spotkaniu dzieci przy pasionce. Najwięcej zebrałem podczas wojny, kiedy zmuszony byłem tułać się po borach, lasach i wioskach i razem z Kurpiami dzielić wspólną niedolę. Całemu zbiorkowi nadałem tytuł : Puszcza Kurpiowska w pieśni – jako najbardziej oddający jego treść.
Najbogaciej przedstawia się wesela na Puszczy. Sądzę że nie omylę się jeżeli powiem, że Puszcza Kurpiowska jest dziś może jedną z niewielu okolic w Polsce, gdzie zachowane są jeszcze śród ludu staropolskie zwyczaje i obrzędy weselne.
Wojna wprowadziła wiele zmian dobrych i złych. Na puszczy wprowadziła zanik do rzeczy swojskich, do rodzinnych zwyczajów, zwrócenie tego co obce. Zniknęły skutkiem tego stare tańce, jak okrąglaki, powolniaki, trampolki, owczarki, mazurki, poleczki, a wprowadzone zostały przykładem „ślachty” różne bostony, fox-troty i one-stepy. W miejsce starych leśnych pieśni wprowadza młodzież pieśni żołnierskie i kabaretowe. Na płacz się zbiera gdy się słyszy, jak młody kurpik który dopiero co powrócił z wojska, wyśmiewa to w czym go ojciec wychował, co ojciec ukochał i co dla nas wszystkich jest miłe i drogie.
Zbiorek mój ma na celu uratować od zagłady i zapomnienia melodie i teksty, coraz bardziej ginące, i zapewnić nauce etnografii materiał wartościowy, gdyż autentyczny.
- - - - - - - - „ - - - - - - - -
Taki własny - „ autentyczny „ szczery i miły opis życia na Kurpiach dał ks Władysław Skierkowski. Jak wspomina - przybył do Myszyńca w 1913 roku i był
wśród „kurpików” przez wiele lat. Był „wśród”, gdyż żeby zebrać tyle pieśni trzeba było z tymi „śpiewakami” spędzić wiele czasu. Jak z adnotacji przy piosenkach wynika przebywał niejednokrotnie w parafii Baranowo. Śpiewała mu Zosia z Witowego Mostu i Zosia z Czarnotrzewia, Marysia z Majdanu, dziewczyny z Baranowa. Opisał różnice w obrzędach weselnych występujące w Baranowie od innych parafii.
Zbiór pieśni ks. Skierkowskiego wydawany był od 1928 roku do 1934 roku.
W czterech częściach zamieszczono w zbiorach 790 pieśni.
Ks. Wł. Skierkowski urodzony we wsi Głużek k/Mławy . W 1913 roku skierowany został na parafię w Myszyńcu. Po dwu latach przeniesiony do Krasnosielca, a po kolejnych dwu latach do Różana. W grudniu 1920 roku został proboszczem w Ciachcinie, a od 1925 roku – w Imielnicy k/Płocka.
Z każdej placówki – parafii, szczególnie w okresie letnim wyjeżdżał na Puszczę aby zbierać „perełki” – pieśni kurpiowskie.
W czasie okupacji jak wielu księży został aresztowany w marcu 1941 roku, a w sierpniu zmarł w obozie w Działdowie.
Zbiory pieśni wydane w latach 1928 -1934 zostały wydane ponownie przez Związek Kurpiów w Ostrołęce w 1997 roku - opracowane w trzech tomach – pod tym samym tytułem „ Puszcza Kurpiowska w pieśni”.
- - - - - -- - „ - - - - - - -
Moim zamiarem jest wyodrębnić część piosenek ze zbioru „Puszcza Kurpiowska w pieśni”- znanych w parafii Baranowo - i śpiewanych po II wojnie tj. w końcu lat czterdziestych i latach późniejszych. Do piosenek ludowych i żołnierskich doszły po wojnie piosenki partyzanckie. Pieśni będą wyrażone tylko w słowach, bo młodzież współczesna i nie tylko, woli słuchać a nie śpiewać.
Opis obrzędów weselnych z okresu przedwojennego dokonany jest z wydania pierwszego z 1928 roku, uzupełniany zmianami jakie nastąpiły w parafii Baranowo po wyzwoleniu w 1945 roku. |
|
Wpisany przez Administrator
|
|
środa, 01 września 2010 23:22 |
|
Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów
Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa
Obrzędy
Wiosna
Kiedyś wiosny były inne. Tata opowiadał, że w końcu marca przychodziła już wiosna. Zimy były mroźne i śnieżne. Oczekując na wiosnę zwracano uwagę na każde przysłowie. „Święty Walenty /14 luty/ łamie lub wzmacnia pręty" - dotyczy to twardości lodu. „ Święty Maciej /24 luty/ zimę traci albo ją bogaci", „na świętego Kazimierza wyleci skowronek z perza „, na świętego Grzegorza pójdzie zima do morza",
„na zwiastowanie przylecą bocianie". Nie w każdym roku to się sprawdzało - ale żyło się nadzieją. W latach dwudziestych - po „Matce Boskiej Otwornej" /25 marca/ - orano już pole, żeby posiać groch i owies. Wypędzano krowy do lasu - żeby „polatały" i nieraz długo pochodziły, nie śpiesząc do obory. Zaczynały przylatywać bociany.
Marzec był najlepszym miesiącem na przygotowywanie drzewa na opał. Mężczyźni siedzieli w lesie, kopiąc lub zrzynając drzewa na opał lub do budówki. Zwożono później je na podwórze - rżnięto, cięto i układano na stosie do wysuszenia. W lecie nie było na to czasu, za to dobrze wyschło. Gdy zbliżały się święta wielkanocne, kobiety zaczynały robić porządki w domach. Trzeba było wybielić mieszkania, uporządkować w komorze, pranie, suszenie i inne prace, które można było wykonywać, bo już było ciepło. Kto miał trzy izby, przenosił się na lato z dużej izby do małej i alkierza, a duża była wolna. W wielkie dni - gospodynie oprócz przygotowywania do świąt i pójścia choć jednego dnia do kościoła, musiały przygotować wykupy dla chrześniaków a miały ich nieraz i kilku. Najważniejszym składnikiem wykupu były „kruki" - pisanki. Był z tym kłopot, bo nie zawsze kury naniosły tyle jajek. Trzeba było nieraz pożyczyć od sąsiadki. W wykupie powinno być przynajmniej 7-8 jajek, bułka /sobie pieczone ciasto/ i dobrze gdy było kawałek kiełbasy. Gotowanie i farbowanie jajek zajmowało nieraz cały dzień. Starano się, żeby były różne kolory - a farb było mało. Mieszano ze sobą farby, malowano w łupinach cebuli itp. Miejscowe „chrześniaki" z samego rana w drugi dzień świąt przychodzili po wykup. Dalszym zawoziło się lub przyjeżdżali z rodzicami w odwiedziny - bo byli to przeważnie kuzyni. Od początku wiosny - a w święta już zawsze dzieci latały boso. W pierwszy dzień świąt i drugi do południa nie wolno było oblewać się wodą. Po południu trzeba było uważać, żeby nie oblać w świątecznym ubraniu. Do oblewania i gościn był trzeci dzień świąt tzw. „wolny". Kto miał zamiar iść oblewać, lub spodziewał się, że może być oblany ubierał się w „byle co", bo i tak trzeba było dwa lub trzy razy się przebierać. Oblewano się i cały dzień jak była dobra pogoda. Z nastaniem cieplejszych dni gospodarze szli do prac w polu - wywóz obornika, orka, siewy zbóż jarych, przygotowanie ziemniaków do sadzenia i sadzenie. Ziemniaki sadzono ręcznie „pod motykę" i „pod skibę". Pod skibę było lżej i szybciej, bo wrzucało się kartofle na gnój do bruzdy i przyorywało drugą skibą. Gospodynie miały dodatkowo zajęcie z sianiem rozsady - kapusty - żeby gdy dorośnie przesadzić ją na pole. Dawało się też wczesną wiosną kurze „siedzieć na jajkach", żeby mieć swoje kurczaki - a później kury. Kury na jajkach siedziały w sieni lub komorze, żeby miały względnie ciepło, żeby nie zaziębiły jajek. Po wylęgnięciu się kurczaków trzeba było stadka pilnować, żeby kot lub pies nie pożarł, a na dworze, żeby wrona nie porwała. Dzięki licznym rodzinom jakoś z tym wszystkim dawano sobie radę.
P i e ś n i p r z y ż n i w a c h
Dożynki Opowiadała 30-letnia Marysia Kaczorek Baranowo, dnia 25.VIII.1931 r.
Na Kurpiach zboże żną sierpami i garstkami układają wzdłuż oziemka albo sieką kosami tak, jak to bywa już wszędzie. Kładą formonami na odziemku, a gdy uschnie dostatecznie, wiążą i wożą do stodół. Bywa i tak, że od razu za odbieraczkami idzie ktoś trzeci i wiąże snopki, które po skoszeniu całego ociemka zbierają i ustawiają w mendle lub dziesiątki. Żniwa na Kurpiach rozpoczyna się mniej więcej więcej połowie lipca. Na piaseczkach bowiem zboże dojrzewa wcześniej, aniżeli na ziemiach cięższych. Znakiem, po którym poznaje się, że zboże dostatecznie już dojrzało do zbioru jest łamanie się ziarna w palcach. Sierp jest tu jeszcze w dość dużym używaniu.„Żną" sierpem, ale już i „sieką" kosami. „Zynacki" żną sierpami i „garstkami" układają „furgony" wzdłuż „oziemka" lub „zagona" kłosami poza siebie a „odziemkiem" -„knoziami" do siebie. Po dwóch dniach robią ze słomy „pasy" na polu i wiążą formony w snopki, które następnie znoszą i ustawiają w „dziesiątki". Każdy „dziesiątek" liczy 12 snopków. Dziewięć stoi, a trzema nakrywają. Jeżeli żniwa są dżdżyste, snopki ustawiają pod „kokoskę" tj. dziewięć snopków ustawiają obok siebie. Dziesiątym, kłosami rozpostartymi niby czapką, nakrywają. Przy docinaniu ostatniego oziemka /zagona/ żniwiarze pozostawiają maleńką kępkę kłosów / do jakichś 30 roślin/, zwykle przy samej drodze i to nazywają „plonem". Dziewczyny wiążą u góry kłosy i stroją różnokolorowymi wstążeczkami i polnymi kwiatkami. U doły zaś oczyszczą z zielska i chwastu wszelkiego i stawiają między kłoskami maleńki kamyk, a na nim kawałek razowego chleba, czasami i ksynę soli. W około „ plonu" wypiełają „stecuskę" i wyprowadzają takową do samej drogi. Mówią przy tym „idż plonie, do drugiego gospodarza, niech i on zrobi „plon". Powszechnym jest zwyczaj oborywania „plonu". W momencie, kiedy chłopcy najmniej się spodziewają, chwytają dziewczyny jednego z nich za nogi i ciągną i go po rżysku wokoło plonu. Starają się zawsze oborać „plon" synem gospodarza. A śmiechu przy tym pełno. Zwłaszcza śmieją się ci którzy uniknęli wypadku. Oborywanie ma tu znaczenie symboliczne, aby się zboże na przyszły rok urodziło. Nie przyjęte jest żeby chłopcy oborywali plon dziewczynami. Z najpiękniejszych kłosów wybranych przez dziewczyny ze snopków robią „równiankę", którą przewiązują nitką lub wstążką przy samych ziarnach. A ze słomek dolnych, które równiutko przycinają, tworzą „warkoc" we trzy „splitki" i z taką równianką idą do gospodarza, śpiewając po drodze odpowiednie przyśpiewki. Należy tu dodać jeszcze, że dziewczyna, która żnie sierpem na ostatku, nazwana jest przez wszystkich pogardliwie „na kiernozi". „O, Maryna ostała na kiernozi" „Maryna na kiernozi jajka pod.. skrobzie". Pochód uroczysty do gospodarza prowadzi przodownica, która też niesie w ręce plon W czasie drogi do domu gospodarza na posiłek, lub w czasie posiłku podanego na polu, śpiewano tzw. pieśni żniwne. - - - - - - - - - - - - - „ - - - - - - - - - - - - Śpiewy mogły się odbywać, gdyż przy żniwach brało udział przeważnie wiele osób. Liczna rodzina, bo w żniwa jest ciepło i starsze dzieci też pomagały, a nawet babcie zbierając z ziemi pojedyncze kłosy. Plony zbóż były niskie, a zboża na mąkę do chleba, na paszę dla koni, do siewu i żeby z trochę świnek uchować - potrzeba było dużo. Każdy kłos był na przysłowiową - wagę złota. Wiele rodzin na „przednówku" tj. przed żniwami, czekało na chleb z nowego zboża. Niekiedy dosuszno świeże ziarno na kuchni lub w piecu chlebowym żeby zemleć je w żarnach i upiec długo już oczekiwany chleb. Przy żniwach - które wymagały najwięcej ludzi do pracy, pomagali bądź też odrabiali, ludzie żyjący na wyrobku - nie posiadający ziemi. „Wyrobnicy" i gospodarze którym zabrakło wcześniej zboża na mąkę do chleba - zapożyczeni byli u zamożniejszych gospodarzy, którzy dawali im żyto albo mąkę na tzw. „odrobek". - - - - - - „ - - - - - Dozanim zytyka przy odłogu, Podziękujemy Panu Bogu, Plon niesiemy plon, Do gospodarza w dom. Żeby dobrze plonowało, Po sto korcy z kopy dało, Plon niesiemy plon - - - - - „ - - - - - - Śpiewła Kasia z Lipowego Lasu Za las, słonko za las. Nie wyglądaj na nas. Nie małoś czasu miało, toś się napatrzało. Za las, słonko za las, nie wyglądaj na nas. Napatrzysz się jutro, jak wyjdzies raniutko. - - - - - „ - - - - - Piosenka Anieli Grzyb z Dłutówki Zaszło słonko zaszło, z górami dyszy, Puść że nas do domu, ekonomie łysy. Bo jak nas nie puścisz, to same pójdziemy, pójdziemy ciebie, łysonie, u krza uwiążemy. U naszego pana spodnie do kolana, Czerwone wyłogi, a koślawe nogi. Bo z naszego pana, to by były sanki, Z Przasnysza do Zarąb wozić obarzanki. - - - - - „ - - - - - Piosenka Kasi z Rupina Pożelim żytko, pożelim owies, Nie bierz szlachcianki, lepiej się powieś. Bo u szlachcianki wiszą sarganki, A u chłopkówny, kitelek równy. Bo u szlachcianki to gruba szyja, A brudu na niej aż się zgarbźiła. A u chłopkówny to czyściusieńko, Korali na niej dokolusieńko.
Jesień
Podobnie jak przy pracach żniwnych, tak i przy kopaniu ziemniaków brały udział całe rodziny, a nie raz i ludzie za odorobek i sąsiedzi lub kuzyni do pomocy. Kopanie ziemniaków było pracą ciężką. Kopano tylko ręcznie motykami, na kolanach lub na stojąco. Trzeba było ciągnąć za sobą koszyk z kartoflami. Na stojąc kopali tylko młodsi i nie cały dzień, bo bolały plecy. Kartofle z koszyków sypano do worków lub jak był czas, albo były mokre, to na gromadki „rejki". Z rejki przebierało się: duże do jedzenia, średnie na sadzeniaki i drobne dla świń. Gdy nać - łodygi były duże, to koszono kosami i zbierano przed kopaniem. Przeznaczone do przechowania na dłuższy czas zakopywano w doły, po 7-8 worków. Doły kopane były głębokie żeby kartofle nie przemarzały w zimie. Do domu woziło się tylko duże do gotowania dla siebie i drobne dla świń. Piwnic na zewnątrz budynków w gospodarstwach nie było. Trzymało się kartofle w piwnicach w domiach mieszkalnych w tzw. „parskach". Po zużyciu „wydostawało" się z dołów, parokro - tnie w zimie. Doły były kopane zawsze w lesie na wyższym miejscu, żeby nie pode - brała od spodu woda. Kopanie trwało niejednokrotnie i parę tygodni. Zależało to od ilości obsadzonej karto flami powierzchni, jak i ilości ludzi do kopania. W późniejszych latach zaczęto nieraz bruzdy z kartoflami odorywać, co pozwalało na lżejsze już kopanie i zbieranie kartofli. Kopanie trwało zawsze dłużej niż żniwa, i z tego powodu, że żyto po dojrzeniu się wysypywało się z kłosów, a kartofle to aby ... do przymrozków. Okazji do śpiewu było więc wiele. Ludzie zwyczajni byli pracować, to „aby pogoda była dobra i kartofle duże - żeby jak najwięcej ukopać „ - to było już zadowolenie. Jak urodziły się dobrze kartofle, to jedna kobieta ukopywała nawet i 10 worków w ciągu dnia. Późnego kopania nikt nie lubił, bo i dzień stawał się krótszy i były z rana już nieraz przymrozki. Po kopaniu i w tym samym czasie, miały kobiety jeszcze robotę ze lnem. Po wyrwaniu stał len w kopkach na polu a potem w stodole do czasu wyschnięcia główek, w których dojrzewały nasiona. Omłotu nasion dokonywano dwoma sposobami. Jak było mało lnu a ludzi dużo do „tłuczenia", to „młóciło" się „pałami" Jak było odwrotnie - dużo lnu - a ludzi mało, to młócono cepami i poprawiano nie- wykruszone resztki główek pałami, i delikatniejszymi od pał „kijankami". Kijanki służyły również przy praniu bielizny lnianej tzn - klepanie mokrej bielizny przy studni na ławie - „stołku" - do prania bielizny. Len po młóceniu wiązało się w małe snopki i zawoziło na łąki do parowy - stawu do moczenia. Słoma lnu moczona była w wodzie około 2 tygodni. Następnie rozwiązywało się snopeczki i słoma była luźno rozpościerana na ugorze lub na pastwisku. Po „wyleżeniu się" lnu gdy włókno łatwo zaczęło się oddzielać od paździerzy, zbierano w czasie suszy len w snopki i przechowywano pod dachem - w stodole lub w szopie - do czasu tarcia lnu. Okresem tarcia lnu był przeważnie miesiąc październik. Tarcie lnu to znów robota tylko kobiet. Zadaniem gospodarza i synów było przygotować dół do suszenia lnu, dowieźdź len i drewno na opał, i suszyć len w czasie tarcia. Doły do suszenia lnu były poza wsią, w lesie - w tych samych miejscach od lat. Gospodynie pomagały sobie nawzajem przy tarciu, i starano się żeby w ciągu jednego dnia tarcie zrobić. Bo i na miejsce do tarcia czekał kto inny i trzeba było sąsiadkom odrobić. Przynosiła każda gospodyni - „traczka" - swoją „cierlicę", pomogli chłopaki ustawić ją na kołki wbite w ziemię i warsztat do pracy gotowy. Na drążkach położonych na obudowanej, prostokątnej skrzyni rozkładało się warstwę słomy lnianej. Pod spodem, w wykopanym podłużnie dole rozpalano ognisko. Trzeba było tak pilnować ognia, żeby len się suszył od ciepła z ognia, ale nie zapalił - co też się trafiało. Wysuszony len dzieliły kobiety na małe garście i tarły na cierlicy - oddzielając włókno od paździerza. Dalsza praca przy lnie wyko - nywana była w zasadzie już przez same gospodynie. Do nich należało „klepanie" lnu „czesanie", „ przędzenie" i tkanie płótna. Klepanie lnu odbywało się najczęściej w pustym chlewie lub pod szopą - jak było ciepło - bo z lnu kurzyły się paździerze. Przeważnie w każdym domu był kadłubek, wydłubany z pnia drzewa który służył i do trzymania w nim ziarna i do klepania na nim lnu - tzn. oddzielenia większych części łodyg. Po wyklepaniu lnu czesało się na szczotce, z podwójną gęstością drucianych zębów. Grubsza szczotka usuwała ze lnu kądziel a drobniejsza pakuły. Przędło się na „kółku" oddzielnie len, pakuły i kądziel. Uprzędzone na szpulkach nici „motało" się na „talce" robiąc „prządziona". Prządziona przed dalszą obróbka trzeba było „na zolić" , to znaczy namoczyć w wodzie z popiołem z drzewa / w ługu /. Po zoleniu płukano dokładnie w wodzie i suszono. Później miały raj dzieci - bo trzeba było przędziona - dosyć skurczone - wiciągnąć. Wieszano przędziono na haku u „pułapu" i bujano się do czasu odpowiedniego wyciągnięcia. Z grubszej przędzy było w izbie kurzu nie mało. Bujanie - odbywało się jednak już w porze zimowej i można było to robić tylko w izbie. Nici z wyciągniętych przędzion nawijało się na szpulki , na „śpulowaku". Zima
Zima to najgorsza pora roku. Choć wydawać by się mogło że gdy nie było pracy w polu, to można było odpocząć. Pora zimowa rozpoczynała się prawie od wszystkich świętych, bo już nie raz był mały mróz. Święty Marcin /11.11/ na „białym" koniu przyjeżdżał prawie każdego roku. Śnieg, zawieje i zamiecie - to pogoda do świąt Bożego Narodzenia. W okresie powojennym młócenie zboża cepami stawało się coraz rzadsze. Bo „sprowadzono" z Prus - wtedy już z Ziem Odzyskanych różny sprzęt rolniczy, nawet maszyny do młócenia „danfy". Mężczy- źni mogli sobie odpoczywać. Poza „obrządkiem" przy inwentarzu, należało do nich odśnieżanie podwórka i częściowo dróg, okresowe „wydostawanie" kartofli i przy- wóz siana ze stogów. Siano przechowywano w stogach na łąkach, bo w stodołach była słoma - która służyła i za podściółkę, i rżnięto na sieczkę dla koni, a nawet i bydła. Kto nie miał kierata do napędu sieczkarni, to prawie codziennie trzeba było rżnąć słomę na sieczkę. Gospodynie oprócz dwukrotnego w ciągu dnia gotowania - śniadania i „wieczerzy", prania, sprzątania, dopilnowywania dzieci - przędły len i od niego pochodne.... A później robiły w krosnach - „tkały"- płótna. Zdawałoby się że przy tych pracach nie było miejsca i czasu na śpiewy. Do świąt było w domach ciszej. Ale od wigilii w wielu domach śpiewano kolędy przez długi czas. Kobiety znały wiele kolęd na pamięć. W wielu domach posiadano „kantyczki" - książki z kolędami w których było bardzo dużo piosenek - kolęd. Wielu mężczyzn śpiewało nie gorzej niż kobiety. Pilnowano żeby uczyły się i śpiewały i dzieci. P i e ś n i r ó ż n e Piosenka Marysi Mańkus z Zawad
Dziś jam się dowiedział w kościele u fary, Jak amerykanki, jak amerykanki, Składają ofiary. Pójdzie do kościoła, usiądzie na ławie, Jedna drugiej szepcze, jedna drugiej szepcze, Która, którego chce. Nie patrzy na ołtarz, ani na paciorki, Tylko się zmawiają, tylko się zmawiają, Pójdziem do karczmarki. Przyszły do karczmarki: daj pani gorzałki, Dużego kieliszka, dużego kieliszka, Dla amerykanki. Jak dasz pani mały, ja nie będę piła, Jak wypije dziesięć, jak wypiję dziesięć, Powiedzą że siła. I wychodzi z karczmy, główka się jej zieje, Matula się pyta, matula się pyta, Co się z tobą dzieje. Wraca do karczmy, pyta się karczmarki, Czy amerykanki, czy amerykanki, Nie piły gorzałki. Nie była tu jedna, tylko było cztery, Od razu butelkę, od razu butelkę, Gorzałki wypiły. Wraca się do domu, bierze się do kija, Nie bij mnie matko, nie bij mnie matko, Już nie będę piła. Bo ta Ameryka, to jest złoty kraj, Jeśli tam pracujesz, jeśli tam pracujesz, To i dolarów daj. Bo dobrze w Ameryce, jak robota idzie, Niechaj będzie sława, niechaj będzie sława, O amerykankach wszędzie.
- - - - - „ - - - - -
Od ubogiego kmiotka do króla, Każdy ma na świecie swego mola. Jam nieszczęśliwy, żona i dziatki, Nie mam sposobu ani swej chatki. Gdy w szczęściu byłem, wszyscy mnie znali, I zacni ludzie u mnie bywali. Gdy los nie służy, wszyscy się brzydzą, Nie schodzą się zemną, witać się brzydzą.
- - - - - „ - - - - -
W polu lipa, lipa w polu, na tej lipie jeden liść, Wczoraj byłem na wolności, dziś w więzieniu muszą żyć. Wczoraj byłem na wolności, przy piciu i jedzeniu, Dzisiaj siedzę zasmucony w tym przeklętym więzieniu. Upadła mi kropla wody, na tą czystą podłogę, By klucznika nie obrazić, więc wycieram jak mogę. Jak wycieram tak wycieram, do sądu mnie wzywają, Sędzia czyta, lat szesnaście, na dalekim zesłaniu. Mamo moja, moja mamo, czy kamienne serce masz, Widzisz syna za kratami, a nie przyjdziesz ani raz. Przyszła mama do więzienia i stanęła za drzwiami, Widząc syna za kratami, zalała się łzami.
- - - - - „ - - - - -
Obrzędy
Przygotowanie do ślubu
Wesele na Puszczy Kurpiowskiej odbywa się zwykle we wtorki, czasem tylko w niedzielę. Jeszcze w środę poprzedniego tygodnia idzie p. młoda ze starszą druhną na wieś do „kompanek" /przyjaciółek/ przyjaciółek zaprasza je, żeby zechciały jej jako druhenki towarzyszyć do „aktu weselnego" /do ślubu/, a rodziców prosi, żeby jej nie wzbraniali. /- Swakiem - nazywa się stary Kurp a ciotką każda stara Kurpianka, naturalnie zamężna, nie panna. Panna, choćby miała i 80 lat zowie się młodą/ W każdej wsi jest jedna lub dwie kobiety, które w czasie wesela spełniają rolę „cepcarki" /czepiarki/. Jest to urząd dosyć trudny, bo taka czepiarka musi znać doskonale wszystkie ceremonie weselne i tymi ceremoniami kierować, a także musi na pamięć umieć wszystkie pieśni weselne w tej wiosce śpiewane. Otóż jedną z takich kobiet prosi p. młoda, żeby usłużyła jej za czepiarkę, resztę gości prosi p. młoda na wilię wesela. Tegoż dnia -/w wilię/ - prosi po raz wtóry „drużbów" drużbów „druhny". Wchodząc do mieszkania, pozdrawia wszystkich mówiąc: „ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Jeżeli u są- siada jest jedna lub kilka córek, które mogłyby usłużyć za druhny, zwraca się do nich i mówi: „dziewcoki! przyjdźta jutro na moje wesele, dobrze?". Następnie zwraca się do ich rodziców, podejmuje ich pod nogi i mówi: i wy swaku i wy ciotko tyz przyjdźta. Raniutko tego dnia, którego ma się odbyć ślub, jedzie na paru brykach p. młody ze swoimi drużbami, druhnami, i rodzicami i całą familią, wyśpiewując różne pieśni zalotne. A kiedy wjeżdżają już do wsi, gdzie mieszka p. młoda, śpiewają najczęściej następujące pieśni:
Druhny dowiedziawszy się ze p. młody już zajeżdża przed dom, zamykają drzwi od sieni i starają się go nie wpuścić. Młody i drużbowie walą pięściami we drzwi, wołając „Roztwórzta ! - bo drzwi rozbijem ! Druhny p. młodej, stojąc w sieni, odpowiadają im na to śpiewem: Pocóżeście przyjechali moi nili goście Psilibyście, jedlibyście, ale z sobą noście.
Druhny p. młodego odśpiewują ze dworu:
My nie na to przyjechały, Bym z sobą woziły, Alem na to przyjechały, Bym jadły i psieły.
Druhny p. młodej: Pocóżeśta kawalirzy przyśli, Moja izba nie do wasej myśli, Moja izba z cisowego drzewa, Mnie takiego kawalira trzeba, Oj, trzeba mi kawalira pana, Takiego zes, jako i ja sama; Oj, trzeba mnie, zebym nie robziła, W seść par koni karetą jeździła, Żeby była kareta z oknani, Żeby były konie pod psiurani, Żeby były stoły marmurowe, Ściany bziałe, okna krystałowe.
Przygotowanie do ślubu
Drzwi się otwierają, muzykanci grają marsza, a pan młody rzuciwszy muzykantom napiwek, wchodzi ze swoimi drużbami i druhnami do mieszkania i wita się naprzód z rodzicami panny młodej a następnie ze wszystkimi gośćmi. Przybyłych zaprasza do stołów specjalnie przez gospodarza domu wybrany sąsiad. Druhny pana młodego wchodząc do izby, przytupują i śpiewem proszą muzykantów o zagranie im walca. Panie muzykancie, prosim zagrać walca, Bo my druhenecki posłybym do tańca, To i o la la, to i o la, to i la la. Prosim zagrać walca, walca co dobrego, Bo my druhenecki ochotne do tego, To i o la itd. Bo my przyjechały z tej dalekiej drogi, Posłybym do tańca, rozgrzałybym nogi. To i o la itd. Tyś do mnie przyjeżdżał, bom ja ci kazała, Przed takiego chłopca ładnie się ubrałam. To i o la itd. Tyś do mnie przyjechał, bom ja ci móziła, Przed takiego chłopca psianknie sia umyła. To i ola it.
/Piosenka Kasi z Rupina - 1916 r./
Kto sia zani, to sia zani, ja sia zenić nie banda, Do mnie sani chłopcy przyjdą, choć ich prosić nie banda. Kto sia zani, ten sia zani, ja się zanić nie banda, Śtery grose mam w kiesieni, bez chłopca się obanda. A wy muzykanci, zagrajciez nam walca, Cyli z nogi, cyli z ranki, cyli z krzywego palca. A wy nili goście, prose się nie gniewać, Bo my ty bandziamy rózne piosnki śpiewać.
Druhny p. młodej wcześniej już przypięły kokardki druhnom i drużbom p. młodej, a zaraz po przyjeździe przypinają wszystkim przybyłym z panem młodym - zaznaczając, że są to goście weselni. Muzyka gra walczyka lub oberka, drużbowie proszą druhny do tańca: zabawa się rozpoczęła. Kiedy nadejdzie pora jechać do ślubu, młody daje znać swojej narzeczonej i wszystkim gościom, żeby się szykowali do odjazdu do ślubu. Pani młoda idzie do komory lub na strych i z pomocą starszej druhny i matki ubiera się do ślubu przy tym żałośnie zawodzi. Druhny oczekujące w izbie śpiewają:
Wyrządzaj się dziewce , wyrządzaj się dziewce moja, Stoją konie u podwoja.
W okolicy Baranowa po tej pieśni następuje bardzo stara ceremonia weselna, rozplecinami zwana. Kiedy panna młoda ubiera się jeszcze w komorze, druhny w izbie śpiewają: /Pieśń ze wsi Witowy Most z 1916 roku/ A tam pod borem lescyna, Pod to lescyną dziewcyna. Złociste włosy czesała, N Nad nimi rzewnie płakała, Ach moje włosy złociste, Służyłyście mi w panieństwie. A teras służyć nie chcecie, Pod bziały welon pójdziecie. A spod welona do gaju, Gdzie się drużbowie zjeżdżają. Idźcie panozie, nie stójcie, Tej pani młodej nie smućcie. Bo ona chodzi i płace, Dziękuje ojcu i matce. Panna młoda wychodzi z komory lub schodzi ze strychu, podchodzi do niej starszy drużba, wprowadza do izby i sadza na krześle, / dawniej sadzano na dzieży/ sam zaś z innymi drużbami cofa się do sieni. Czepiarka i druhny otoczywszy panią młodą półkolem śpiewają: / Pieśni z Czarnotrzewia z 1923 roku?
Coś, Marysiu, robzieła, jakieś warkoc spletała, Spletałaś go rozkośnie, teraz płaces donośnie. Coś, Marysiu, myślała, jakieś warkoc spletała. Spletałaś go wstęgami, teraz oblewas łzani.
Och biedaz mnie sieroteńce na świecie, Ktoz mnie ten warkoc rozplecie. Nie frasuj się, pani młoda, nie frasuj, Przyjdzie tutaj starsy druzba, sługa twój.
Po skończeniu śpiewu druhny zwróciwszy się do drużbów śpiewają: Kto chce, kto chce warkoczyk pogłaskać, Musi, musi, talarkami trzaskać. A jek nie das talarka bzitego, talarka bzitego, Nie przystampuj do warkocka mego.
W czasie śpiewu starszy drużba wchodzi z sieni z jednym z młodszych drużbów, zbliżają się do warkocza p. młodej , rozplata jej część warkocza i rzuciwszy kilka groszy wraca do sieni. Druhny tą samą pieśnią wzywają do rozplatania warkoczy wszystkich pozostałych drużbów czekających w sieni. Kiedy już wszyscy obejdą kolejkę, czepiarka z druhnami ponownie splatają warkocz, a na końcu wplatają piękną wstążkę i znowu śpiewają: kto chce wakocyk pogłaskać .... Starszy drużba po raz wtóry idzie z młodszym drużbą do p. młodej i skacząc wokół niej, rozplata warkocze, włosy potarga, a wstążkę zabiera na pamiątkę. Tym razem składa jej już sutszą ofiarę. Pani młoda spostrzegłszy się, że drużbowie targają jej włosy, podnosi się i ucieka do komory lub za piec, gdzie ją druhny czeszą i nową wstążkę wplatają. Gdy p. młoda jest już w pełni gotowa, podchodzi do niej starszy drużba, przyprowadza do rodziców i każe jej podziękować za wychowanie i za wszystkie przykrości przeprosić. Panna młoda całuje ojca i matkę w rękę mówiąc: Bóg waju zapłać tatulu ! Bóg waju zapłać matulu ! - a druhny w tym czasie śpiewają:
/pieśń z Baranowa z 1923 roku/
Przeproś, Marysiu, tatulka swego, Tatulek kochany stoi sfrasowany, Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie, Jek owiecka zbłąkana. Przeproś, Marysiu, matule swoją, Matulka kochana stoi sfrasowana, Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie. Jek owiecka zbłąkana. Przeproś Marysiu braciska swego, Braciszek kochany stoi sfrasowany, Ze siostrzycka idzie niandzy obce ludzie, Jek oziecka zbłąkana. Przeproś Marysiu siostrzyckie swoją, Siostrzycka kochana stoi sfrasowana, Ze Marysia idzie niandzy obce ludzie, Jek oziecka zbłąkana.
Następuje prośba o błogosławieństwo rodziców. Młoda płacze a druhny śpiewają: A ty matulu, tu tego domu, Pobłogosław córkę, jadzie do ślubu. Oj niech tam jedzie, niech jo Bóg prowadzi, Najśwantsa Panna niech ją błogosłazi.
W czasie tego śpiewu młodzi podchodzą do swoich rodziców, klękają i otrzymują od nich błogosławieństwo. W czasach powojennych - młodzi klękają przy stole na którym jest woda święcona, kropidło i krzyż. Rodzice pary młodej kropią klęczącą parę święconą wodą, wymawiając życzenia dla nich i dają całować im krzyż. Po błogosławieństwie rodziców, całując się, żegnają się z rodzeństwem. Siadając na wozy zaprzężone w pary koni przyozdobionych kokardkami i wyjeżdżąjąc z podwórka śpiewają:
/Śpiewała Marysia z Majdanu w 1916 r/
Siadaj Maryś na wóz i welonik załóz, Ja po ciebie zajechał. Cy ty nie mas woli, cy cię główka boli, Cy ci ojca matki zal. Nie zol ci ni ojca, nie zol ci ni matki, Ani całej rodziny, Tylo zol mi tego, ślubowania mego, Tej ostatniej godziny. Śpiew 17 -letnich dziewczyn Rycicy. 28.VIII.1931 r
Ej, siadaj, siadaj, byleś miała siadać, Pogoda niedobra, będzie deszczyk padać. Oj, wsiadła, wsiadła i siedzi na wozie, Co spojrzy na matkę: ach mój mocny Boże. Oj, siadaj, siadaj niektórych welonik załóż, Podziękuj ojcu, matce, że już idziesz za mąż.
W niektórych wioskach byli „mówcy", którzy przed wyjazdem do ślubu wygłaszali mowę pożegnalną, w której wychwalali zalety szczególnie p. młodej i dziękowali rodzicom za jej wychowanie. Mowa, która „ubarwiona" była pięknymi kurpiowskimi określeniami, w dodatku w gwarze kurpiowskiej, nadawała uroczysty i nie pozbawiony niejednokrotnie humoru, charakter kultury kurpiowskiej. Tak przedstawiały się rozpleciony i wyjazd do ślubu w Baranowskiej parafii. W innych okolicach sąsiednich parafii rozplecin nie było. /Wg opisów ks. Skierkowskiego/. Wozy do ślubu zaprzęgane były tylko w pary koni i nadających się do wesela. Gdy było duże wesele jechało do ślubu i do 10 wozów. Na pierwszym wozie jechała p. młoda /w środku tylnego siedzenia/ w sąsiedztwie starszego i młodszego drużby. Na drugim wozie jechał pan młody ze starszą i młodszą druhną. Dalej na wozach jechali rodzice młodych i pozostali drużbanci. Pani młoda / - przed wojną / ubrana była w strój kurpiowski z welonem i czółkiem na głowie, do którego przypięty był bukiet sztucznych białych kwiatów < zionek >i pęk różnokolorowych wstążek z tyłu. Po wojnie w parafii baranowskiej strój kurpiowski był już mało używany. Panie młode ubierały się w białą, długą suknię i długi welon. Na głowie miały wianek z kwiatami . Tak samo w białe suknie poubierane były druhny, tylko bez wianków. Pan młody najczęściej - nowy garnitur „do ślubu" - z wieńcem u boku. W czasie jazdy do kościoła - nie galopem - ale dobrym kłusem - nie wolno było wyprzedzać wozu z panią młodą. Jazda do kościoła trwała stosunkowo długo, bo i odległość była znaczna i różna. Z Adamczychy, Dłutówki, Majku, Ramion i innych dalszych wiosek, zdążono wyśpiewać kilkanaście piosenek. Najczęściej na każdym wozie śpiewano inną. A najgłośniej śpiewano przy przejeżdżaniu przez wieś i już w samym Baranowie. Po przyjeździe przed kościół, młodzi ze świadkami - starszy drużba i starsza druhna - szli na plebanię podpisać akt ślubny, a pozostali drużbanci po „ogarnięciu"się po podróży ustawiali się w szyk parami. Po powrocie młodych z plebani, cały orszak, za młodymi i drużbami wchodzi do kościoła i staje pod chórem. Nieraz bywało ciasno, bo było i po pięć ślubów. Śluby odbywały się na mszy o godzinie dwunastej. Po rozpoczęciu mszy - na chórze - grano marsza i orszak szedł przed ołtarz. Publiczność zgromadzona w kościele gapiła się na weselników, żeby można było później poplotkować o zachowaniu się drużbów lub ubiorze. Marsze grano często „ według zapłaty". Nieraz dodatkowo z organistą przygrywała orkiestra. A bywało, że do ołtarza orszak poszedł i bez marsza - bo go nie opłacono. Pewna para młodych chciała po wojnie wziąć ślub, ale nie stać ich było księdzu za ślub zapłacić. Przez upartość -że za darmo - dostali ślub, ale przy bocznym ołtarzu. W dodatku nie sporządzony był akt małżeństwa. Żyli „po Bożemu" ale nieprawnie. I aż urodziło się dziecko - trzeba było zrobić akt w kościele i wziąć „ślub" w Urzędzie Stanu Cywilnego. Na czas dawania ślubu państwo młodzi i starszy drużba z starszą druhną przechodzili za kratki do ołtarza głównego,gdzie ksiądz odprawiał mszą świętą. Ile w danym czasie było ślubów, wszystkie ustawiały się przy ołtarzu. Pozostali drużbanci pozostawali na kościele. Po otrzymaniu sakramentu małżeństwa - po skończeniu mszy, para młodych obchodzi ołtarz i chwilę przed nim modli się, klęcząc. Po powrocie pod chór młodzi przyjmują życzenia- pomyślnego życia na nowej drodze - od zaproszonych gości, którzy wcześniej życzeń im nie złożyli i przyjmują od nich prezenty. Przechodzenie całym orszakiem przez kościół wkrótce zanikło, gdyż trafiało Się, że część drużbów, wcześniej goszcząc się za dużo „wychyliło" i chód ich w kościele nie przystawał do tak poważnej uroczystości. Przed ołtarz szły tylko pary młodych i starsi drużby. Pozostawali drużbanci jak i wozacy, i rodzice siadali w ławkach lub stali w ławach. Po wyjściu z kościoła siadano na wozy i ruszano w powrotną drogę. Śpiewano pieśni „poślubne" głośno i donośnie - oczekując już gościny i tańców. „Wyścigi" w konie mogły już się odbywać. Panna młoda z panem młodym w drodze powrotnej jadą na pierwszym wozie. Brama wjazdowa w domu pani młodej - lub gdzie odbywa się wesele - jest zagrodzona wstążkami. Młodzi schodzą z wozu i są witani chlebem i solą. W tym czasie muzykanci grają marsza - gdy jest ciepło, to na dworze. Wszyscy goście podchodzą do nich i kładą im do kieszeni „ marszowe"- po parę złotych. Następnie idą do domu, gdzie będzie „muzyka" - tańce. Nie było świetlic - zabawy odbywały się w domach, w których była większa izba. W latach sześćdziesiątych przyjęcia weselne odbywały się i w odpowiednio przygotowanych stodołach. Druhny i drużbowie dobierali się parami, żeby w kościele - w orszaku być parą. Już będąc zaproszonym na wesele dobierano się w pary. Ciekawiło to „wspólnotę" we wsi, która z którym będzie na weselu. Często były to początki narzeczeństwa. Z druhną jechało się do kościoła i z powrotem i odbywało pierwszy taniec po powrocie z kościoła. Nieraz pierwszy taniec był i ostatnim. Jak podobała się druhna lub drużba, które przyjechało z weselem od młodego, to próbowano zawrzeć nową znajomość. Nie zawsze taka „zdrada" była mile widziana przez drugą stronę, ale było to normalnością. Nieraz drużbami byli brat z siostrą. Izby do tańca były zawsze za małe. W dodatku pod ścianami stojąc lub siedząc na ławkach odpoczywali ci, co nie tańczyli oraz inni goście weselni - szczególnie kobiety. Tańczono na zmiany - kilka par - parę tańców i „ następne pary się bawią". Jeżeli umiał dobrze być „wodzirejem" starszy drużba, to on kierował tańcami, a jeżeli nie, to za jego aprobatą „dowodził" inny drużba. A dowodzenie było potrzebne, bo szczególnie po dłuższej już gościnie - dobrze zakrapianej nie tylko piwem, chcących „rządzić" bywało więcej. Najchętniej młodzi a i starsi wiekiem goście tańczyli szybsze tańce -oberka, poleczkę i kto umiał - to powolniaka.
Jak był dobry wodzirej, to często robił tzw. kółeczka - „wszystkie pary za rączki" i dalsze zabawy. Urozmaicała się w ten sposób zabawa, zmieniały się pary i było weselej się bawić. Na zabawach weselnych w odróżnieniu od zabaw organizowanych przez młodzież - rzadko dochodziło do bójek
Oczepiny w parafii Baranowo /wg ks. Skierkowskiego/ Dwie starsze druhny idą do alkierza po p. młodą, aby ją zaprowadzić do oczepin. pozostałe druhny stoją za stołem i śpiewają: /Marysia z Majdanu -1916 rok/ Świeci niesiącek świeci, świeci i gwiazdeczka, Prowadź starsza druhno młodą do cepecka.
Druhny z alkierza: Prowadzę, prowadzę i tak sobie radzę, Którny jej cepusek na główeńkę wsadzę.
Druhny na izbie: Świeci niesiądz świeci, świeci i jutrzenka, Prowadź starsza druhno, nie weźmiem jej zianka.
Druhny z alkierza: Ja ją prowadziła, ona iść nie chciała, Ćóz jej po zionusku, kiedy rąckę dała.
Druhny na izbie: Prowadźże ją prowadź, prowadź na stołeczek, Weźniem ji zionusek, a wsadziem cepecek.
Druhny z alkierza: A ja ją prowadze i tak sobie radze, Chtórny ji cepusek na główeńke wsadze.
Starsze druhny prowadzą p. młodą do izby i sadzają na krześle za stołem, same stają razem z innymi druhnami obok p. młodej i śpiewają: Wszystkie druhenki stały w rząd, Tylko Marysia posła w kąt.
Wszystkie druhenki już w rzędzie, Tylko Marysi nie bandzie.
Wszystkie druhenki w rząd stały, Tylko Marysia za nani.
Następnie druhny wzywają wszystkie gospodynie do złożenia ofiary na czepek dla p. młodej, przy czym śpiewają: /Zosia z Czarnotrzewia -1923 rok/ Gospodynie, gospodynie schodźta się, Pani młodej na cepecek złózta się. I stryjenki i wujenki schodźta się, Pani młodej na cepecek złózta się.
Wszystkie gospodynie wzięły wezwanie do serca i wyjąwszy z chusteczek po kilkadziesiąt groszy, idą do stołu, a druhny spostrzegłszy to śpiewają: Oj, idą, idą róbta im steckę, Niosą pieniędzy pełną chusteckę, Oj - ja, oj dana o ojdo. A ja wylece, to im pomoge, Dadzą Marysi na zapomogę.
Po wywołaniu gospodyń, druhny wywołują krewnych, którym śpiewają: A te wujenki to dumowate, Bo ludzie mówią, że są bogate. Że są bogate i honorowe, Cisną na talerz pięciozłotowe. Pięciozłotowe - papier nowotny, Pójdą do tańca bardzo ochotne. W podobny sposób wywołują wszystkich po kolei gości, a goście składają się Marysi na cepecek. Druhny śpiewają zapraszając i dziękują śpiewem. Kiedy już wszyscy złożą zapomogę, czepiarka zdejmuje z głowy p. młodej wianek, a wkłada czepek. Wszystko odbywa się przy śpiewie druhen. Przy wkładaniu czepka kawalerzy stoją na dworze i walą kamieniami na znak, że oni tak czepek przybiją, żeby p. młodej nie zleciał z głowy.A pan młody dowiedziawszy się, że druhny są głodne, prowadzi je do alkierza, stawia przed nimi piwo i chleb i prosi, żeby jadły. Drużbowie w tym czasie przebierają się za kupców i idą do czepiarki kupować czepek. Druhny, posiliwszy się, podchodzą do czepiarki i śpiewają: Cepiarecko, wspomnij sobzie, Byś sprzedała zionek dobrze, Bo kupcy się namaziajo, Za lada co kupsieć mają.
Kupcy niewiele dają, więc druhny im śpiewają: Jadźże kupce z Bogiem, scęśliwa droga, Mamy insego od Pana Boga.
Drużbowie przynieśli parę bochenków chleba, kilka butelek piwa i w worku wiele różnych skorup i szkła, mówiąc czepiarce, że to złoto. Czepiarka zabiera to wszystko i oddaje czepek starszemu drużbie, który poskacze z nim w kole drużbów i oddaje drugiemu, ten trzeciemu i tak długo z nim skaczą, aż czepek dostanie się z powrotem do rąk starszego drużby, który oddaje go czepiarce. Druhny zjadły już chleb i wypiły piwo i stoją obok p. młodej. Po otrzymaniu przez czepiarkę czepka z powrotem, rozpoczyna się ceremonia wypędzania druhen zza stołu. Druhny wzywają starszego drużbę do wypędzania druhenek śpiewając: Starsy druzba weź kosiora, Wygnaj druhenki zza stoła, To o da, to o da , to od da da.
Kiedy druhny skończą śpiew, drużbowie odstawiają nieco stół i wypędzają, każdy swoją druhnę w następujący sposób: drużba podchodzi do stołu i kładzie nań swą czapkę. Druhna wrzuca zręcznie pod czapkę swoją małą, bardzo ładną chusteczkę i ucieka. Drużba szybko chwyta czapkę razem z chusteczką i goni druhnę w około stołu tak długo, aż ją złapie. Po tym oboje przetańczą kółeczko i stają na boku izby. Toż samo czynią wszyscy drużbowie. Na ostatku p młody lub starszy drużba wypędza p.młodą i wtedy druhny śpiewają: Oj zza stoła pani młoda, zza stoła, A podziękuj swoim drużbom wesoło. Za cóż ja mam swoim drużbom dziękować ? Nie chcieli mi pod wesele koni dać. Oj zza stoła pani młoda, zza stoła, A podziękuj swoim drużbom wesoło. Za cóż ja mam swoim druhenkom dziękować ? Nie chciały mi na weselu tańcować. Oj zza stoła pani młoda, zza stoła, A podziękuj swej cepcarce wesoło. Za cóż ja mam cepcarecce dziękować ? Nie chciała mi jedwabnego cepka dać.
Po wypędzeniu p. młodej druhny stawiają stół na dawne miejsce i znowu sadowią p. młodą na ławie. Teraz czepiarka tańczy krótko z każdą druhną, w końcu tańczy z p. młodą, którą oddaje panu młodemu. Po skończonym tańcu podają posiłek: piwo, kawę z plackiem i gawędzą ze dwie godziny, po czym rozjeżdżają się do domów. Jeżeli p. młody bierze p. młodą do siebie, wszyscy goście i muzykanci jadą ze śpiewem do domu pana młodego, gdzie tańczą i goszczą się do wieczora, a potem rozjeżdżają się każdy w swoją stronę i na tym wesele się kończy.
Odpusty
Ilość odpustów w roku w parafii ustalona jest przez władze kościelne. Niektóre odpusty są dniami świątecznymi. W inne jest w dzień nabożeństwo, ale nie ma święta i można pracować. W parafii baranowskiej świątecznymi dniami odpustu jest dzień 29 czerwca - św. Piotra i Pawła i 24 sierpnia św. Bartłomieja. Odpust w parafii to dzień wyjątkowy. Daleko od jednych i drugich świąt - więc okazja, żeby poświętować. W odpust oprócz większych uroczystości kościelnych, bo i msza bardziej uroczysta i procesja - to jeszcze była okazja do spotkań rodzinnych i towarzyskich. Przed wojną i jeszcze po wojnie nie tylko pojedyncze osoby lub rodziny, ale i „kompanie" z parafii szły na odpust do sąsiednich parafii. Z Baranowa odwiedzano parafię w Brodowych Łąkach -„Rudzie" , Kadzidle i na Świętym Miejscu -„Bartnim Borku" pod Przasnyszem. Do Kadzidła szła kompania na odpust św. Rocha, a do Brodowych Łąk na Pańskie Przemienienie - 6 sierpnia. Z bliższych wsi - rodzinami i pojedynczo szli i jechali na odpust. Odpusty w Baranowie nie były przekładane na niedzielę, odbywały się w dniu tygodnia, jaki wypadł 29 czerwca i 24 sierpnia. W innych mniejszych parafiach przekładano na pierwszą niedzielę po dacie imienin świętego. Kompanię tworzyła grupa parafian udająca się na odpust. Jechało parę wozów z uczestnikami osób biorących udział w procesji. Wieziono ze sobą parę chorągwi, obrazów i proporców. W wyjeździe brał udział przynajmniej jeden z księży parafii i inni chętni parafianie. Przed dojazdem do wsi parafialnej zatrzymywano się i ustawiała się procesja, aby dalej do kościoła iść pieszo. Idąc śpiewano pieśni religijne. Uczestnicy kompanii brali udział we mszy świętej i wspólnej procesji. Po uroczystościach wracano z obrazami i chorągwiami do kościoła a pozostali pielgrzymi do swoich domów. Kompanie z sąsiednich parafii przybywały na odpusty do Baranowa z rewizytą. W dniu odpustu każdy starał się być w kościele i to na mszę południową. Często ksiądz zapraszał księży z sąsiednich parafii i kazanie miewał któryś z obcych księży. Jechano w większości wozami, bo trzeba było zabrać dzieci, dziadków i gdy było jeszcze miejsce na wozie, to osoby nie mające konia, lub zabrało się kogoś w drodze. Dzieci zabierało się - bo najczęściej nie było z kim zostawić, a i w „tasach" chciały coś kupić lub przynajmniej zobaczyć. Odpusty były w porze letniej, było ciepło, to i do domu nikomu się nie śpieszyło. Wozami zajeżdżali ludzie do znajomych gospodarzy w Baranowie. Często na wielu podwórkach było po kilka wozów. Po „kościele" matki szły z dziećmi prosto do tasów - straganów, bo dzieci inaczej by nie pozwoliły. Kupowano im cukierki, słodkie panienki, obwarzanki i lemoniadę lub oranżadę do picia. Mężczyźni stawali przed bramą kościelną, żeby zapalić papierosa i spotkać się z kuzynami lub innymi znajomymi. Następnie kierowano się do swoich wozów. Po jakimś czasie wracały matki z dziećmi, a gospodarze - kuzyni zorganizowali butelkę wódki i dzielili się wiadomościami o urodzaju - lub nie - w tym roku, o wykonanych pracach i innych bieżących sprawach. Pod wieczór spokojnie i powoli, dzieląc się wrażeniami wracali do domów, ale tylko rodzice, dziadki i dzieci. Dorosła młodzież do kościoła szła często pieszo, bo za dużo było na wozie. W latach późniejszych wiele chłopaków miało rowery, przywiezione z Prus. Stare, bez części zamiennych, często więcej się go prowadziło niż jechało, nie tylko ze względu na piaszczystą drogę, ale i awarię roweru. W tych powojennych latach dowiedziano się, kto był wynalazcą roweru. „Twierdzono", że „rower wynalazł ruski żołnierz w Szczytnie u Niemca na strychu". Niech i tak będzie, aby było na czym jechać. Młodzież po kościele łączyła się w grupy według koleżeństwa i starała się znaleźć miejsce w gospodzie, a gdy go zabrakło - to kupowano „prowiant" i biesiadowano u kogoś na podwórku. Po posiłku spacerowano po ulicach oczekując na rozpoczęcie -odpustowej - zabawy biletowej. Żartowano nieraz, że św. Piotr był człowiekiem lepszym niż św. Paweł, bo połowa dnia należąca do św. Piotra - spędzana była w sposób pobożny, natomiast druga połowa dnia spędzana była raczej bezbożnie. Na zabawę nie mieścili się wszyscy. Część wracała z panienkami do domów. Inni znów woleli lepiej wódkę niż panny i zabawę i „cieszyli" się w swoim gronie. Opowiadań o wrażeniach odpustowych często mieli nie mało i dorośli i dzieci.
Dożywocie
W okresie - przed pierwszą wojną światową - rodziny wiejskie na Kurpiach były w większości trzypokoleniowe: dziadki, rodzice i dzieci. Jedno pokolenie to czas około 20 -25 lat. Rodziny były liczne. Siedmioro dzieci - to średnia rodzina. Dzieci bywało znacznie więcej, lecz wiele umierało. Gdy dziecko zmarło - sąsiadki matkę pocieszały: Pan Bóg dał, Pan Bóg wziął - lub - takie małe, nie nagrzeszyło, pójdzie do nieba, toć to aniołek. Zamknięto w skrzyneczce - trumce, ksiądz pokropił i ojciec zakopał na cmentarzu w kwaterze dla dzieci. W niektórych rodzinach miano i po kilku aniołków. Powiedzenie: co rok to prorok - jak wszystkie powiedzenia- było z życia wzięte. W domach o rozmiarach 8 na 9 m była sień, duża izba, alkierz i mała izba albo w jej miejscu komora. U biedniejszych osób, szczególnie wyrobników - którzy mieli domy na cudzych działkach - budynki mieszkalne były tylko jedno lub dwuizbowe. Okna z pojedynczymi szybami. Wszystkie kryte słomą. Kot - bo w każdym domu był, żeby łapać myszy - przychodził do sieni sam. Wchodził po węgle u narożnej ściany, pod strzechę, strychem i drabiną schodził do sieni. W takiej chałupie mieszkało po 10 - 12 ludzi i więcej. Na gospodarstwie pracowali wszyscy powyżej 6-7 lat. „ Dziewczynka w wieku 6-7 lat przypilnowała - na krótko - młodsze dziecko, w lecie mogła paść gęsi, przynieść drzewa z szopy. Starsze od 10 lat pomagały już przy pieleniu lnu, prosa a nawet sadzeniu ziemniaków. Mając 15 lat powinna umieć nakarmić świnie i przygotować dla nich pokarm, doić krowy, gotować, szyć. Od 18 lat życia „nie ma takiej roboty, której by nie umiała robić „.Tak jak każda dorosła kobieta, potrafi zastąpić nawet mężczyznę w jego pracach. Chłopców od 10 lat uczono posługiwania się cepami, a kiedy miał 15 lat - to już dobry młocek z niego był. Chłopcy wdrażali się do innych męskich prac przy domu, w lesie, koszeniu traw i zbóż. Codziennym obowiązkiem było rżnięcie sieczki na ręcznej sieczkarni dla koni a w zimie i dla krów. Podział prac zależny był od dorosłości i siły do pracy. Młodzież - szczególnie najstarsza w rodzinie w młodym wieku - zawierała związki małżeńskie. Wynikało to z warunków gospodarczych. Chłopaka się żeniło, żeby żona w wianie dostała z trochę ziemi lub dobytku albo pieniędzy - żeby w wymianie było co dać w posag następnemu żenionemu dziecku. Starano się najstarszego syna żenić do domu, żeby nazwisko w rodzinie nie ginęło i że najwięcej się przy rodzicach w gospodarstwie napracował. Dziedzic - jak mawiano - musiał wspólnie z rodzicami pozostałe rodzeństwo „wyposażyć" i dochować rodziców. Śluby w wieku 19 - 21 lat chłopaków i 16 - 18 lat dziewcząt, były rzeczą normalną. Na zakochiwanie się i chodzenie ze sobą nie było ani czasu ani też nie było dobrze widziane ze względów obyczajowych. Łączeniem par zajmowały się najpierw ciotki, które wiedziały gdzie jest majętna i dobra dziewczyna dla kuzyna, a dla kuzynki chłopak. Po uzgodnieniu między rodzinami, w zasadzie - rodzicami młodych - rolę przejmował swat zwany również rajem. Kontakty raja z rodzinami, ze względu na odległości, nie były zbyt trudne. Ponad 90 procent małżeństw zawieranych było spośród młodzieży mieszkającej w parafii baranowskiej i sąsiednich. Rajom i swatom było blisko. Za to młodzieży pobierającej się było „bardzo" daleko, bo poznawali się dopiero po ślubie. „Dzięki" takim warunkom powstawania nowych rodzin mamy tak wiele piosenek weselnych i leśnych opisujących to, co kryło się w sercach żyjących w tych czasach młodych i nie tylko - młodych - ludzi. -Pół żartem, pół serio z tej branży: „ Kawaler z baranowskiej parafii na odpuście - świętego Piotra i Pawła - zapoznał się z dziewuchą spod Kadzidła. Tak mu się spodobała, że wybrał się do tej wsi, w której ona mieszkała. Nie znał tam nikogo, od kogo mógłby się czegoś więcej o niej dowiedzieć. Spotkał na ławeczce siedzącego starszego człowieka. Pomyślał, że na pewno taki starszy człowiek powie mu prawdę o tej pannie. Podając jej imię i nazwisko - poprosił o jej opinię. Siedzący na ławce dziadek odpowiedział mu tak: chłopaku - musi to być dobra dziewcak - bo to co ja o niej słyszę, to wszyscy chłopaki we wsi ją lubią i chwalą."
„ Panienka mająca już zamiar wyjść za mąż - rozmawia o narzeczonym z ciotką. Ciotka jej powiada: nie będziesz za nim suchego chleba jadła. I powtórzyła to ze dwa razy. Panienkę to zainteresowało, dlaczego tak to powtarza, i co to ma znaczyć. No i zapytała się ciotki: a z czym ten chleb będzie ? - ze łzami dziewczę, ze łzami - odpowiedziała ciotka".
Młodzi gospodarze - młodożeńcy - pracowali wspólnie z rodzicami i pozostałymi w rodzinie dziećmi. Żenili i spłacali młodsze rodzeństwo - pod zarządem rodziców. Majątek - gospodarstwo - starzy przekazywali dopiero, gdy ożenili wszystkie dzieci. Nieraz zmuszeni byli przekazać wcześniej - gdy domagali się rodzice osoby młodej żeniącej się na ich gospodarstwo i wnoszącej duży posag. Majątki przekazywano nieraz tylko na swoje dziecko pomijając najczęściej synową, bo mały był jej posag. W zasadzie majątek przekazywali rodzice, gdy już samym było za ciężko pracować. Przekazując majątek, niejednokrotnie pozostawiano sobie zarząd do śmierci. Majątek był już syna, ale w poważniejszych sprawach i nie tylko decydował ojciec. Nieraz, nawet na którym polu posadzić ziemniaki, sprzedać krowę lub pohandlować konia. Po przekazaniu gospodarstwa u notariusza - mówiono „rejentalnie" - rodzice prze- chodzili na ornalię. Ornalia była spisana u rejenta, w której podawano jakie świadczenia mają dawać otrzymujący gospodarstwo, na rzecz rodziców i nie spłaconych do reszty dzieci rodziców. Świadczenia powinny być dokładnie określone, gdyż gdy jakiś szczegół pominięto, miał później poważne konsekwencje. Może i żartobliwie, ale wspominano o takich brakach jak np.; w ornalii zapisano: zawiezienie 4 razy w roku do kościoła. - Zięć wymościł powóz, zawiózł teściów do kościoła i zaraz wrócił - bo według zapisu w ornarii - nie miał obowiązku przywieźć teściów z powrotem. Przykład drugi: zapisane było wejście na strych - przyniesiona była drabina i po wejściu na strych zaraz odniesiona, - bo w ornalii nie było zapisane i zejście ze strychu. Podobnych nieścisłości bywało wiele, ale przy dobrej zgodzie w rodzinie sąsiedzi o tym nie wiedzieli. Częstym zapisem było utrzymywanie przez dzieci na rzecz rodziców żelaznej krowy. Rzecz polegała to na tym, że codziennie rodzice mieli otrzymywać określoną ilość mleka np. 2 litry - dokąd żyją oboje, a gdy zostanie jedno, to litr. Gdyby mieli jedną wyznaczoną krowę - to trzeba by było ją karmić i doić.Gdy przed wycieleniem przez jakiś czas nie dawałaby mleka - to by go nie było.Gdyby zdechła - trzeba by było odkupić, a może drugiej już nie wolno by było chować. Krowa żelazna - zabezpieczała codzienne posiadanie mleka i nie zdechła. „Ojcom" należało się na dożywociu mieszkanie - najczęściej alkierz. Na dużej izbie poleżeli, jak zmarli. Przykład zapisu w ornalii: świadczenia roczne to: - 8 ćwiartek żyta, pół metra prosa, ćwiartka gryki, 15 worków kartofli, 6 kilo słoniny, sól i nafta, 100 złotych, 4 razy dowieźć do kościoła i przywieźć, drzewo na opał od pieńka /tj. pocięte/. Określano również ilość niezbędnej odzieży dla ojca i matki. „ Jakby dzieci ornarii należycie nie wypełniali, to się trafiało, ze ojciec sed do rejenta i akt złamał". „Jek jus ojce ornario sobzie wyznaczyli, to dobre dzieci nie powinni im roboty dawać, ino powiedzieć: co chcecie to róbcie". Dożywotnicy pomagali w miarę zdrowia i sił dzieciom, najczęściej w pracach usługowych: noszenie wody, zbieranie chrustu, wygnać na pastwisko i przypilnować krowy i inne pomocnicze roboty. Zwyczaj nakazywał traktowanie starych rodziców z szacunkiem, stwarzanie im poczucia przydatności poprzez zasięganie rad w sprawach gospodarczych itp. |
|
|
Historia ludu kurpiowskiego |
|
|
|
|
Wpisany przez Administrator
|
|
środa, 01 września 2010 22:56 |
|
|
|
Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów
Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa
tel. (029)7613743

Wierszyk o Kurpiach ===============
Już nie taka nasza ziemia
Jak była przed laty.
Już tych wielkich borów nie ma
W zwierzynę bogatych.
Już dziś blisko, niedaleko,
Kogo chęć przyniesie,
Droga prosta, most nad rzeką,
Nikt nie zbłądzi w lesie.
I choć niebo się rozgwieździ
W piękny zmrok zimowy,
Żaden król tu nie przyjeżdża
Z Warszawy na łowy.
A czy króla, czy biedaka,
Droga przyprowadzi,
Tu gościnność jest jednaka,
Przyjmiemy go radzi.

Nasza wioska
/autor – Józef Brzeski/
Wśród lasów i piasków Mazowsza
leży piękna kurpiowska wioska,
mojemu sercu najdroższa
znać ja winna cała Polska.
Wioska, choć w ziemie uboga,
jest mi skarbem – daję słowo,
ciekawa jej dziejów droga
jej nazwa brzmi Baranowo.
Jej przeszłość w historii ginie,
blaskiem wydarzeń świeci,
- perłą w Mazowsza krainie
od wielu dziesięcioleci.
W puszczy kurpiowskiej powstała,
wśród dzikiej, groźnej przyrody,
dzielnością ludu się uwieńczała,
z trudami szła dzielnie w zawody.
Z ludem kurpiowskim złączona
poprzez wiekowe dzieje,
prawością serc opromieniona
- na szlaku historii widnieje.
Czas rwącym potokiem płynie,
burze dziejowe przeminą,
dźwięk pieśni o niej nie zginie
nad mazowiecką równiną.
Wioska w przyrody szacie
potęgi rozkwitem zaszczyca,
postępem w każdej chacie,
nową historią zachwyca.
W wielości godnych pamiątek
niby w złoto odziana,
to drogi sercu zakątek
- moja wioska kochana.
Niech wielka – murowana
ciągle się rozrasta,
przez wszystkich umiłowana
przewyższy pobliskie miasta.
W nowości szatę ubrana
na dawnym Mazowsza ustroniu,
dziś słońca blaskiem roześmiana
kolorami ulic i domów.
Kurpiowskie serca nasze
miłością ją ozdabiają,
jej cudną słowiańską urodę
pieśni niech rozgłaszają.

Rajby /zaręczyny/
Mieszkańcy Puszczy Kurpiowskiej żenią się daleko wcześniej niż w innych okolicach. Chłopcy żenią się mając lat dwadzieścia; dwadzieścia a nawet i osiemnaście, dziewczyny po skończeniu lat szesnastu. Ojciec po rozmowie z synem, czy chce się żenić i z którą, wysyła do rodziców panny młodej „raja" lub „ swatkę" na „wypyty", tj. z zapytaniem, czy nie zgodzililiby się wydać swojej córki za jego syna. Jeżeli raj przyniesie dobrą wiadomość, idzie ojciec z synem i rajem do domu p. młodej i pozdrawia wszystkich staropolskim zwyczajem: - Niech bandzie pochwalony Jezus Chrystus ! Gospodarz : Na zieki zieków! Zitajta do nas. Goście: Bóg zapłać za zitackie. Raj: Co tu u was słychać? Podobno mata zdatnio jałówkę na sprzedanie, Może byśta pokazali nom, bo my przyśliźwa ją kupsieć. Gospodarz: To siadajta, może tam się co i znajdzie. A u waju jekze tam, co słychać, aby dobrze? Ojciec młodego: Toć ci nie najgorzy, ni ma co na Pana Boga narzekać, tylko uwazata, momy zielką bziede z tym nasym Joneckiem. Chce się na gwałt zenić z wasą Maryną i przyśliźwa się zapytać, jek wy na to: cy sia zgadzała, cy nie ? Gospodarz: Toć ty mnie Grzela znos, ze ja bym temu sprzeczny nie buł. Marysia tez o ozanku myśli i jek ni sia zdaje, chłopak was ji się udoł, tylo moja stara jesceby nie rada była dziwcaka od sia puscać. Ojciec młodego: A gdzie waju bziałka ? / kobieta - żona/ Gospodarz: Zaro bandzie, tylko chsilke pocekajta, to ja jo zawołom. Rózyno ? Choć owo tu. Rózyna: A cegój tam znowu ?. Gospodarz: Kupcy przyjechali po Marynę i cekają na ciebzie. Chodźze, ino hyzo, bo poziedzo, coś im nie reda. Rózyna: A skielo ? Gospodarz: Z Browaru Grzela ze swoim Jonkiem, pośpiesz sia. Rózyna: O mój świecie, toć zaro przyjde. /wchodzi/. Ojciec mł: Jek się mos Rózyno ?! / wszyscy wstają i witają potrząsając się z nią za rękę, a Jonek podejmuje ją pod nogi, mówiąc: Jek się macie, ciotko? Rózyna: Bóg waju zapłać ! - toć dobrze oto. A wasa bziałka jekze tam, dobrze aby wygląda ?.

Ojciec mł: No a juści galancie się trzyma. Casami pokaśle, postęka, ale bajki, tylko uwazcie, mamy zielgi kłopot. Rózyna: Jeki, gadajciez ? Ojciec mł. Ano mój Jonek napsiero się zenić z waju dziewcakiem. Pozieda, co tylo z nio się bandzie zeniuł, a insy to i zidzieć nie chce, i przyśli- źwa prosić waju o Maryne. Mozeta być pewni ze ji zadny krzywdy nie doma. Znata mnie chyba dobrze, ześwa ze staro oboje nie osta- tni. Rence, że jej bandzie u nas dobrze, jek u rodny matki. Rózyna: Toć ja waju zierze, tylo uwozata, Grzesiu, mnie dziewcak potrzebno. Zreśto, jesce ma cas, dopsieru skońceła szesnastkę i jescse za chłopam bziedy spróbuje. Mózia waju scerze, zem ji jesce nie rada do ludzi oddawać.
Raj: Toć prawda, ale i Jonecka zielka śkoda, a jamu az się cni do waju Maryny. Zreśtą zauwasta sobzie, ze oni się oboje od dawna już znają i redziby jek najprędzej się pobrać. Jezeli będziecie sprzeczno, to oboje uniesceślizicie. Przy tam jesteście jesce sama młodo i bez niej sobzie redzić możecie. No i jek zgoda ?. Rózyna: Toć jek poziedacie, co beza mnie majo być niescęślizi, to niech się i bzierzą. Ojciec mł: A toście złota kobzieta ! - niech waju Bóg błogosławi. No to chyba się napsijem, kiedy noma tak gładko posło. A gdzie waju dziewcak? Rózyna: A gdzieżby, jek nie za piecem. Jonecku skoc no hyzo, a przyprowadź Zza pieca Maryne,- tylo uwazoj, abyś jej nie skrzywdził. /Janek uradowany szybko pobiegł za piec, wyciąga dziewczynę i przyprowadziwszy ją do matki, cierpliwie czeka na wyrok./ Rózyna: No i jekzes, Maryno, podobał ci się Jonek, co ? - Camu nie gadas, gadaj śniało. Maryna: Toć,- podobał. /Powiedziawszy te słowa, chce ze wstydu uciekać za psiec, ale Jonek ją trzyma i nie daje jej uciec./ Rózyna : A ty Jonecku, co myślis, bzierzes ją za zone, udała ci się ,co ?. Jonek: Camu by nie? Ja juz dawno o niej myśle, tylo ją ni dajcie. Rózyna: No to bzierzta się, moje dzieci, niech waju Pan Jezus i ta Matka Boska Castochowska błogosłazi. ---------------------------------------------------------------------------------------------------- Z rajbami bywało różnie. Raz za raja pojechał z młodym chłopakiem - raj, który był wdowcem. A wybrali się do domu gdzie była i panna i wdowa. Zostawił na wozie raj chłopaka, a sam poszedł dowiedzieć się czy ich przyjmą. Gdy upłynęło z pół wie- czora, podpity już dobrze raj, wraca do furmanki i mówi młodemu: - wiesz co, siebie ledwie upchnąłem, ciebie już nie mogłem.

Ojcowie omawiają najważniejsze sprawy tj. o „ wyrzandzie" /posagu/ o terminie zapowiedzi i wesela. Jeżeli chłopak żeni się na majątek do dziewczyny -mówią - że ożenił się do „ dziedziczki „. Jeżeli dziewczyna wychodzi na majątek do chłopaka to „ wyzanili ją na stronę". Często żartowano, że większość dzieci w rodzinie miała dwa wyjścia, ożenić się „na stronę" albo „do ludzi". Dawniej łatwo było poznać, gdzie była dziedziczka. Bo przed domem stał krzyż albo kapliczka. Dlaczego - ? Żeby chłopak, co się z dziedziczką ożenił - miał pod czym się modlić. Dziedziczką najczęściej bywała panna, której nikt nie chciał. Bo była albo nieładna, chorowita lub jak była jedynaczką - to tak się „nosiła" - że i dobremu mężowi wytrzymać z nią było trudno. Miał więc gdzie się przy domu modlić - bo o rozwodach w tych czasach nie było mowy.
 Na zapowiedzi dawano w sobotę. Przed południem tego dnia, którego dają na zapowiedzi, przyjeżdża młody z rodzicami, drużbami do domu panny młodej i po wspólnym dobrym obiedzie, starzy zostają w domu, a młodzi z drużbami jadą na na plebanię do proboszcza dać na zapowiedzi. Proboszcz wypytał się o pacierz, zasady wiary, czy są dla siebie obcy . Oprócz odpowiedzi pozytywnych, trafiały się nie raz i zabawne. Na pytanie księdza czy są młodzi przygotowani do wesela - padła odpowiedź: no , - ojce mają dwu wieprzów, byka z 200 kilo, no i wszystko, co potrzebne. Rzeczywiście - te potrzeby do wesela były niezbędne. Rodziny i krewnych we wsi było tyle, że zapraszano nieraz wszystkie rodziny ze wsi. Jedna panna na pytanie księdza - czy wie, co to jest małżeństwo, odpowiedziała krótko: - niarkuję. /domyślam się/. I rzeczywiście, wiele takich 16 - 17 -latek o życiu w małżeństwie tylko „niarkowało". Co ich czekało w życiu, dowiedzieli się później.
|
|
|
Poprawiony: środa, 01 września 2010 23:32 |
|
Wpisany przez Administrator
|
|
środa, 01 września 2010 00:00 |
|
Materiały zamieszczone na tej stronie pochodzą ze zbiorów
Pana Kazimierza Orzoł z Baranowa
P I O S E N K I
Dziewczyny z Witowego Mostu - rok 1916.
Przyjdę do sadu narwę ja róż, Które przekwitły tak dawno już, I będę śpiewać tak sobie wciąż, Który to, który, będzie mój mąż. To o la, to o la, la.
P I O S E N K I
Dziewczyny z Witowego Mostu - rok 1916.
Przyjdę do sadu narwę ja róż, Które przekwitły tak dawno już, I będę śpiewać tak sobie wciąż, Który to, który, będzie mój mąż. To o la, to o la, la.
Około młyna trawka się wiła, Nie ma mego Jasia com go lubiła, Com go lubiła, com go kochała, Kupiła konika, podarowała. To o la, to o la, la.
A ten koniczek był rozpustniczek, Przedeptał ścieżkę przez mój paśniczek, Nie tak przedeptał, jak go skosił, Pamiętaj dziewczyno, o com cię prosił. To o la, to o la, la. Jam ciebie prosił o pierścioneczek, A tyś mi dała z ruty wianeczek, Z ruty wianeczek, z ruty ruciany, Boć to mój Jasieniek, boć to kochany. To o la, to o la, la. - „ - Chciało się wam, matuleńko, ze mnie wesela, Młodoście mnie ożenili, od szesnastu lat, Ni ja uprać, ni ja uprasować, dopiero by się uczyć, Matulu moja. Chciało wam się, matuleńko, ze mnie muzyki, Grają grace pod okienkiem jako słowiki, A wy na to nie zważacie, Mnie do ślubu wyrządzacie, Matulu moja.
- „ -
W kościele byli, dobrze zrobili, Jasia z Marysią już ożenili. Ożeniłem się to chwała Bogu, Dostałem żonę z dobrego rodu. Dobrego rodu, pięknego ciała, Robić nie chciała, tylko leżała. Dali mi, dali i kotkę burą, Poszła na górę, uciekła dziurą. Dali mi dali i kobylisko, Komary zjadły, przepadło wszystko, Dali mi, dali posag niemały, Starego kożucha cztery kawały.
- „ - Zosia z Baranowa rok 1923.
A cóż to teraz czasy nastają, Że ojce za córki miliony dają, Miliony dają to obraza Boża, Oni obiecują, ale ich nie złożą. O moja córeczko, włosy potargane, I te modre oczki masz poodbijane. A ta stara baba, ta arcemnica, Ona mnie wysyła po posag do ojca. Ja ci, stara babo, miliony złożę, Ale ci na stole chleba nie położę. O moja synowo, żebyś dobra była, To bym ja ci kiedy dziecka pobawiła. A ty stara babo, a ty arcemnico, Będę miała dziecko, to zgodzę służącą. Stary pędzi bydło, stara idzie drogą, Zeszli się oboje i płaczą nad sobą. A ty stary dziadzie, nieraz ci mówiłam, Bierz biedną synową, będzie ci robiła.
Zielony mosteczek
Zielony mosteczek ugina się, Zielony mosteczek ugina się, Trawka na nim rośnie, nie sieka się - bis Żebym ja ten mostek arendował, Żebym ja ten mostek arendował, To bym go inaczej ufundował - bis. Czerwoną i białą różę wsadził, Czerwoną i białą różę wsadził, A ciebie, dziewczyno, odprowadził - bis Odprowadziłbym cię aż do lasa, Odprowadziłbym cię aż do lasa, Zaśpiewali byśmy chop sa sa sa - bis
Szła dzieweczka
Szła dzieweczka do laseczka, Do zielonego . . . bis x 3 Napotkała myśliweczka, Bardzo szwarnego . . . x 3 Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom, Gdzie jest ta dziewczyna, co kocham ją. Znalazłem ulicę, znalazłem dom, Znalazłem dziewczynę, co kocham ją. Myśliweczku, kochaneczku, Bardzom ci rada, ha, ha, ha - x 3 Dałabym ci chleba z masłem, Alem go zjadła ha, ha, ha. - x 3 Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom - - - refren Jak żeś zjadła, to żeś zjadła, To mi się nie chwal . . . - x 3 Bo jak bym cię w lesie spotkał, To bym cię nie chciał...- x 3 Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom - - - refren
Komu dzwonią
Komu dzwonią, temu dzwonią, Mnie nie dzwoni żaden dzwon, Bo takiemu pijakowi, Jakie życie taki zgon. Tra la la. Jakie życie taki zgon, zgon, zgon. Księdza do mnie nie wołajcie. Niech nie robi zbędnych szop, Tylko ty mi przyjacielu, Spirytusem głowę skrop. Tra la la. Spirytusem głowę skrop, skrop, skrop. W jedną rękę kielich dajcie, W drugą rękę wina dzban, I nade mną zaśpiewajcie, Umarł pijak, ale pan. Tra la la. Umarł pijak ale pan, pan, pan. W piwnicy mnie pochowajcie, W piwnicy mi kopcie grób. I głowę mi odwracajcie, Tam, gdzie jest od beczki szpunt.Tra la la. Tam, gdzie jest od beczki szpunt, szpunt, szpunt.
Pije Kuba
Pije Kuba do Jakuba, Jakub do Michała, Pijesz ty, piję ja, Kompania cała. A kto nie wypije, Tego we dwa kije, Łupu cupu, łupu cupu, Póki nie wypije. Kto za młodu pije, Tego we dwa kije, Łupu cupu, łupu cupu, Niechaj długo żyje. Koroneczki, perełeczki, Miała pani sama. Dziś szynkarka i kucharka, Stroi się jak dama. Pije Kuba do Jakuba , Jakub do Michała, Potem Kuba w łeb Jakuba, Aż drży karczma cała. Dziura w desce Wysokie płoty tato grodził, Wysokie płoty tato grodził, Żeby do Kasi, do Kasi żeby, Żeby do Kasi nikt nie chodził. Ale ta Kasia mądra była, Ale ta Kasia mądra była. I w płocie dziurę, I dziurę w płocie I w płocie dziurę, wywierciła. Oj, żeby nie ta dziura w desce, Oj, żeby nie ta dziura w desce, Była by Kasia, Kasia by była, Była by Kasia panną jeszcze. Ale ta deska przeszkodziła, Ale ta deska przeszkodziła, Kasia się panną, panną się Kasia, Kasia się panną nie nabyła. Oj, nie pomogą, tato, płoty, Oj, nie pomogą, tato, płoty, Gdy Kasia rada, rada gdy Kasia, Kasia gdy rada na zaloty.
Koło mego ogródeczka
Koło mego ogródeczka, Zakwitała jabłoneczka. - x 2 Bielusieńko zakwitała, Czerwone jabłuszka miała. - x 2 A któż mi je będzie zrywał, Kiedy się mój Jaś pogniewał. - x 2 Pogniewał się nie wiem o co, I przychodził nie wiem po co. - x 2 Chodził do mnie całą wiosnę, Czekał na mnie, aż urosnę. - x 2 Chodził do mnie całe lato, Dawałam mu buzi za to. - x 2 Chodził do mnie całą jesień, Dawałam mu jabłka w kieszeń. - x 2 Chodził do mnie całą zimę, Aż się dostał pod pierzynę. - x 2 Pod pierzynę, pod puchową, Żebym była Jasiulową. - x 2
Głęboka studzienka
Głęboka studzienka, Głęboko kopana. A przy niej Kaieńka, Jakby malowana. Przy studzience stała, Wodę nabierała. O swoim kochanku, Jasieńcu myślała. Gdybym cię Jasieńku, W wodzie zobaczyła. To ja bym za tobą, Do wody wskoczyła. Najpierw bym rzuciła, Ten biały wianeczek. Com sobie uwiła, Z tych białych różyczek. Głęboka studzienko, Czy mam do cię skoczyć ? Z tęsknoty za Jasiem, Życie sobie skrócić. Nie skoczę do wody, Bo woda głęboka. Za daleko do dna, I zimna twa woda. Ucałuję listek, Szeroki, dębowy, Razem z pozdrowieniem, Rzucę go do wody. Zanieś go studzienko, Do Jasięńka mego. Powiedz mu ode mnie, Że czekam na niego.
Czerwone jagody Czerwone jagody, wpadają do wody, Powiadają ludzie, że nie mam urody. Choć urody nie mam, ale czyste serce, Za pana nie wyjdę, byle kogo nie chcę. Za pana nie wyjdę, sama się szanuję, Niechaj mnie byle kto, w rączkę nie całuje. Raz mi matuś rzekła, córuś moja droga, Przecież masz majątek, na co ci uroda. Majątków nie mają, a mają urodę, Tam się chłopcy schodzą, jak w las po jagodę. Mamusiu, tatusiu, jam córeczka wasza, Kupcie mi korale do samego pasa. Do samego pasa, do samiutkiej ziemi, Jam córeczka wasza, tylko do jesieni.
Na wójtowej roli
Na wójtowej roli, studzieneczka stoi. Nie widać, nie słychać, krasnej dziewki mojej. - x 2 Czy ty się mnie boisz, czy ty się mnie wstydzisz, Że do mojej studni, po wodę nie chodzisz. - x 2 Gdzieżbym ja się bała albo się wstydziła, Toć bym ja za tobą, do wody skoczyła. - x 2 Do wody, do wody, co się bystro toczy, Za tobą Jasieńku, co masz czarne oczy. - x 2 Czarne oczy mamy, na się spoglądamy, Co komu do tego, że my się kochamy. - x 2 Cóż komu do tego i co komu szkodzi, Kochać się będziemy, bo jesteśmy młodzi. - x 2
Cyraneczka nie ptak
Cyraneczka nie ptak, dziewczyna nie ludzie, Odprowadziłbym ją, bo sama nie pójdzie. Odprowadziłbym ją do samego domu, Tylko żebym wiedział, że sobie nie komu. Sobie, Jasiu, sobie, nie innemu komu, Tylko mnie odprowadź, do samego domu. Do samego domu, na samiutkie schodki, Żebym się nie bała, ojca ani matki. Ojca się nie boję, o matkę nie stoję, Tylko się, dziewczyno, twojej zdrady boję.
Cyt.... Cyt ....
Nocka szumiała, nocka wołała, Ciepła nocka go z domu wygnała. Otwórz dziewczę drzwi, Matka, ojciec śpi, otwórz dziewczę drzwi. Cyt. . . cyt . . . skrzypią drzwi, Jasiu, nie otworzę ci, Cyt . . cyt . . .ojciec śpi, Obudzi się, będzie zły. Cyt. . .cyt. . . .szczekają psy, Będą plotki w całej wsi. Jasiu, Jasiu, nie zwlekaj, Idzie ojciec, uciekaj. A z rana, z rana, pięknie ubrana, Stoi w okienku, jak malowana. Stoi w okienku, jak w doniczce kwiat, Oczy pełne łez, zmienił jej się świat. Cyt. . cyt . . oj, jak źle, Przyjdź , Jasieńku i weź mnie, Bez kochania bardzo źle. Cyt ,. . cyt. . . nie bądź zły, Jasiu, już otworzę ci, Choć skrzypią drzwi, I szczekają we wsi psy. Hej, ha ! Wezmę cię, ojciec, matka skłonią się. Hej, ha ! Dziewczyno, będziesz moją jedyną. Hej, ha ! Niewiele, będzie we wsi wesele, Hej, ha !Wesele, za trzy, cztery niedziele, Hej, ha ! Raz, dwa, trzy ! Będzie rejwach w całej wsi, Hej, ha ! Od ucha, weselisko, ucha ha ha. Jadą goście
Jadą goście, jadą, koło mego sadu, Do mnie nie zajadą, bo nie mam posagu, To i hola, hola la - to i hola, hola la - refren Choć nie mam posagu ani swego domu, Jeszcze mnie matula, nie da lada komu. To i hola, hola la . . . - refren Powiadają ludzie, że ja malowana, A ja u swej mamy ładnie wychowana. To i hola, hola la ... - refren Żeby nie dziewczyna, nie ożeniłbym się, Czarne oczy miała, spodobała mi się. To i hola, hola la . . . - refren Czarne oczy mamy, na się spoglądamy, Co komu do tego, że mi się kochamy. To i hola, hola la . . . - refren W najładniejszym żytku, kąkol się urodzi, Panieńskiej urodzie, nic zaś nie zaszkodzi. To i hola, hola la . . . . - refren Panieńska uroda, jak ta bystra woda, Przepłynie, przeminie, jak ci lat nie szkoda. To i hola, hola la . . . - refren Tobie świeci miesiąc, a mnie świecą gwiazdy, Ciebie kocha jedna, a mnie kocha każdy. To i hola, hola la . . . - refren W zielonym gaiku, kaczka zjadła węża, Zjadajcież mnie chłopcy, póki nie mam męża. To i hola, hola la . . . . - refren
Po partyzancie dziewczyna płacze Słowa: J. Kłosowski Po partyzancie dziewczyna płacze, Nie płacz dziewczyno, otrzyj łzy. Może się jeszcze z tobą zobaczę, Będziemy razem, ja i ty. Smutny i chmurny, nasz los tułaczy, Lecz polskie słonko świeci nam, Nie znamy żalu ani rozpaczy, Bo każdy los swój, wybrał sam. Nie jeden zginął cichy, nieznany, Meldunek jego przyjął Bóg. Gdzieś na ustroniu grób zapomniany, Aż go przeorze bratni pług. Jutro być może kula niemiecka, Mojego życia przetnie kres Albo bandyty kula zdradziecka, Więc nie płacz dziewczę, bo szkoda łez. A jeśli spotkasz mogiłę w lesie, Co nad nią szumią liście drzew, Niech i te słowa wiatr w dal poniesie, O partyzancie zanuć pieśń. Przybyli ułani
Przybyli ułani pod okienko, Stukają, pukają, puść panienko. x 2 O Boże, a cóż to za wojacy? Otwieraj, nie bój się, my Polacy. x 2 Przyszliśmy napoić nasze konie, Za nami piechoty pełne błonie. x 2 O Jezu, a dokąd Bóg prowadzi? Warszawę odwiedzić myśmy radzi. x 2 A potem maszerować jest nam pilno, Odwiedzić kochane, stare Wilno. x 2
Płynął strumyk
Płynął strumyk przez zielony las, A przy brzegu leżał stukilowy głaz. Płynął strumyk, minął jakiś czas, Stukilowy głaz gdzieś zginął, Strumyk płynie, tak jak płynął. Cicha woda brzegi rwie, Nie wiesz nawet jak i gdzie. Nie zdążysz nawet zabezpieczyć się, -refren Bo nie zna nikt metody, By się ustrzec cichej wody. Szła dziewczyna przez zielony las, Popatrzyła na mnie, tylko jeden raz. Popatrzyła, minął jakiś czas, Lecz widocznie jej uroda, Była jak ta cicha woda. Cicha woda . . . . . . refren Płynął strumyk przez zielony las, Skończył się już dla mnie, kawalerski czas. Ale czasem, proszę was, Kiedy żonka mnie nie słyszy, Śpiewam sobie jak najciszej. Cicha woda . . . . . .refren
Ukraina Hej tam gdzieś znad czarnej wody, Siada na koń kozak młody, Czule żegna się z dziewczyną, Jeszcze czulej z Ukrainą. Hej, hej, hej sokoły, omijajcie góry, lasy, doły, Dzwoń, dzwoń, dzwoń dzwoneczku, - refren Mój stepowy skowroneczku - dzwoń. Pięknych dziewcząt jest nie mało, Lecz najwięcej Ukrainie, Tam me serce pozostało, Przy kochanej mej dziewczynie. Hej, hej, hej sokoły .... refren Ona jedna tam została, Przepióreczka moja mała, A ja tutaj w obcej stronie, Dniem i nocą tęsknię do niej. Hej, hej, hej sokoły ......refren
R y c e r z Jedzie, jedzie rycerz zbrojny, Wraca do dom z długiej wojny. Suknia jego pokrwawiona, Szabla jego wyszczerbiona. Przyszedł żołnierz do swej chatki, I zawołał do swej matki, Mamo moja, wyjdź z pokoju, Zobacz syn twój wrócił z boju. Mamo moja, bądź spokojna, Bo skończyła się już wojna. Twoja mama już nie bieży, Trzeci roczek w grobie leży. Poszedł żołnierz do cmentarza, I zapytał się grabarza. Tam gdzie trzeci grób - od wieży, Tam już twoja matka leży. Upadł żołnierz na tym grobie, I tak płakał, płakał sobie, Mamo moja, śpij w tym grobie, Niech się Polska przyśni tobie. |
|
Poprawiony: środa, 01 września 2010 23:28 |
|
|
|
|
|
|
Strona 1 z 2 |
Copyright © 2010 Gminny Ośrodek Kultury Sportu i Rekreacji w Baranowie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.
|
|
Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości
|